Zygmunt Balicki - Przyszły wzrost konsolidacji narodowej

[1] Powszechne i na każdym niemal kroku stwierdzany bywa fakt, że wielka wojna obecna jest nie tylko walką armii, ale narodów całych, że powodzenie w niej zależy nie mniej od jednolitości stanowiska, organizacyjnego wyćwiczenia i patriotyzmu mas narodu, niż od męstwa i sprawności wojennej sił zbrojnych, słowem, że nie tylko front, lecz i tył rozstrzyga o przyszłych losach państw i narodów. Nie ulega wątpliwości, że losy te, pomimo rozwiązania wielu kwestii palących i zaprowadzenia większej równowagi w dziedzinach szczególnie dotąd pod względem tej równowagi chwiejnych i niestałych, nie będą rozstrzygnięte ostatecznie i raz na zawsze, że stan pogotowia i napięcia odpornego trwać będzie również po wojnie, i to w spotęgowanym nawet na wielu punktach natężeniu. Jeżeli tak, to przewidywać możemy z całą pewnością, że dyscyplina duchowa i organizacyjna, właściwa dotychczas tylko machinom państwowym i ich organom wykonawczym – armiom, ogarnąć będzie musiała i przeniknąć tymże pierwiastkiem jednolitość i karność również narody i społeczeństwa. Da to ostateczną przewagę zasadzie obowiązków nad postulatem praw w całym ich życiu wewnętrznym.

Nie darmo główna tendencja wojny obecnej zmierza w kierunku tworzenia bądź państw ściśle narodowych, bądź takich formacji, w których zbieżność interesów tworzy podstawy politycznej solidarności między częściami składowymi, usuwając równocześnie wszelkie cechy przymusu i wyzysku z ich stosunków wzajemnych. Zrodzić to musi ogromny wzrost solidarności wewnętrznej społeczeństw i dążenie ich do osiągnięcia zupełnej jednolitości w ich podstawie na zewnątrz, a zarazem do ścisłego zespolenia zadań i celów państwowych z zadaniami i celami narodowymi.

Zwrot ten, dokonywujący się już obecnie, jest zapowiedzią rychłego końca panowania zasad starego liberalizmu europejskiego, w myśl których cała troska o zapewnienie bytu i rozwoju całości, jak również o należyte spełnianie przez obywateli obowiązków publicznych, ciążyła niepodzielnie na państwie, największą zaś troską samych obywateli było zdobywanie coraz to szerszego zakresu praw, choćby kosztem osłabienia całości. Polityka zewnętrzna tak silnie wysunęła się w tej wojnie ponad politykę wewnętrzną i do tego stopnia ją pochłonęła, że antynomia dotychczasowa między nimi zniknąć musi bezpowrotnie. Z jednej strony wzrośnie wpływ opinii narodu na politykę zewnętrzną państwa, z drugiej – spotęguje się ingerencja państwowa w sprawy dysydentyzmu narodowego. Nie będą się już mogły powtarzać takie rozbieżności w polityce zewnętrznej między koroną a narodem, których przykładów w tej wojnie dostarczyły państwa np. bałkańskie, ale równocześnie nie będą mogły się powtarzać w przyszłości, przynajmniej w państwach narodowo skonsolidowanych, fakty dwoistych, wręcz sprzecznych ze sobą dążeń i polityk w łonie narodu, zaangażowanego w akcję zewnętrzną. Rządy państwowe stać się muszą siłą rzeczy rządami narodowymi, ale zarazem ta dyscyplinarna karność, która obowiązywała dotychczas jedynie w zakresie spraw stanu, rozciągnie się na sprawy opinii publicznej i jej wystąpień. Ucierpi na tym „wolność” – ten fetysz pokoleń minionych, lecz spotęguje się za to konsolidacja narodu, jego jednolitość i siła, jego indywidualność, samoistność i niezależność, ten sztandar pokoleń przyszłych.

Wojną obecna uwydatniła jeden fakt niezmiernej wagi dla przyszłości narodów państwowych, mianowicie, że niejednolitość i rozbieżność dążeń w ich polityce zewnętrznej jest nie tylko czynnikiem bezwładu i organicznego paraliżu w ruchach całości, ale otwiera na oścież wrota wpływom obcym, wrogiej nawet ingerencji, a więc podkopuje u podstaw samodzielność i niezależność akcji państwowej. Podobnie człowiek chwiejny, bo rozdarty sprzecznymi ze sobą skłonnościami i dążeniami wewnętrznymi, podpada z konieczności pod wpływy silniejszych indywidualności i zatraca wraz z niezależnością duchową samodzielność swych postanowień i czynów.

Dość niepostrzeżenie przebrzmiała dla Europy uchwala konwentu stronnictwa demokratycznego w Stanach Zjednoczonych (a więc w państwie neutralnym), która jednak otwiera całe nowe widnokręgi przyszłych zasad konsolidacji narodowej. Brzmi ona: „Konwent uważa za zamach na jedność narodową wszelką organizację, której celem jest współdziałanie interesom państwa zagranicznego w drodze nacisku na rząd, stronnictwa polityczne i przedstawicieli ludowych”. –Jak to? – więc ten klasyczny kraj swobód obywatelskich ustami stronnictwa, które najbardziej stało na ich straży, wzywa do skrępowania swobodnego oddziaływania opinii na czynniki państwowe i nakłada hamulec na „przekonania” obywatelskie, z chwilą, gdy się one przejawiają w akcji zorganizowanej? – rzecz niesłychana, zwłaszcza w oczach niektórych, dziś jeszcze spotykanych u nas epigonów dawnej przeszłości, którzy we krwi noszą zasadę: „W Polsce – jak kto chce”.

Tymczasem demokracja amerykańska zrozumiała, dzięki własnemu dosadnemu doświadczeniu, że w szatę „przekonań” i „wolności akcji obywatelskiej” ubiera się dziś często ingerencja obcego państwa, znajdująca bezinteresowne lub interesowne narzędzia pośród mniej lub więcej rdzennych obywateli cudzego kraju i kieruje ich rękami w myśl własnych interesów, choćby na szkodę ich ojczyzny.

Bezinteresowność lub interesowność owych „przekonań”, wylewających się w czyny, może mieć jedynie wagę przy moralnej ocenie wartości ludzi, występujących w roli wykonawców obcych zamierzeń, nie ma jednak żadnego znaczenia przy politycznej ocenie ich roli obywatelskiej z punktu widzenia narodowego. Polityczna ocena w obu wypadkach zarówno wymaga ukrócenia tego rodzaju działalności, a dopiero zachodzić może różnica w kwalifikacji karnej czynu, wszystko jedno, czy ona zapadnie na mocy wyroku sumienia narodowego, czy sądowej władzy państwowej. Zresztą, przy wielkiej złożoności współczesnych stosunków społecznych, najściślejsza nawet analiza nie zawsze stwierdzić zdoła granicę, gdzie się kończy bezinteresowność, a zaczyna interes jakiegokolwiek rodzaju, wystarcza, gdy ten interes nie jest interesem narodu jako całości. Ostatni zaś jest faktem przedmiotowym, stwierdza go wola narodu, mająca swój wyraz w jego polityce państwowej. I to jest właśnie największą klęską narodu, nie mającego własnego organu wykonawczego, że najbardziej sprzeczne z jego interesem zbiorowym prądy opinii mogą się zasłaniać swą przedmiotową wolą, a nie ma takiej instancji, która by ją wyraźnie jako samowolę napiętnowała i ukróciła jej zamachy na jedność narodu i jego niezależność od wpływów i machinacji obcych.

W przyszłym układzie stosunków międzynarodowych tylko państwa i narody mocno na wewnątrz skonsolidowane mogą pretendować do niezależności politycznej. Oto dlaczego Austria dojrzała do likwidacji, i to z chwilą, gdy popadła pod wszechstronne wpływy, a następnie wyraźne wasalstwo Niemiec. Przez długie czasy mogła ona prowadzić misterną ekwilibrystyczną politykę wygrywania jednych podwładnych sobie ludów przeciwko drugim, pod płaszczykiem uwzględniania interesów wszystkich i łączenia ich ogniwami pozornej solidarności wobec wspólnej firmy. Mogła się ta złuda ciągnąć tak długo, dopóki firma była rzeczywiście niezależną na zewnątrz i nie skrępowaną niczym w swej polityce. Austria – jak mówiono – potrzebna była swym ludom, ale tylko do czasu, gdy poczęła zaprzęgać ich do rydwanu niemieckiego, z tą chwilą stała się nikomu niepotrzebną, chyba Rzeszy Niemieckiej, którą podczas wojny karmi swym upływającym życiem, a po wojnie zasili swymi rdzennymi prowincjami.

Cala ewolucja Europy w czasach ostatnich, układ stosunków i konieczność dziejowa łączy ze sobą nierozdzielnie dwie strony życia narodów państwowych: ich niezawisłość polityczną z ich jednolitością i konsolidacją wewnętrzną. Kto chce budować pierwszą, musi od drugiej zaczynać, a kto ostatnią w ten lub inny sposób podkopuje, silą rzeczy obala dziejowe podstawy pierwszej. Dziwną też rolę w Polsce współczesnej odgrywają te nieliczne żywioły, które szafują obłudnie, czy oszukańczo hasłem niepodległości, a pragną ją oddać pod egidę Niemiec, a więc utrwalić w przyszłości ich faktyczne rozkładowe i niszczycielskie rządzenie się w Polsce, jak w kraju lennym, a tymczasem gwałcą samowolnie konsolidację duchową narodu i jednolitość jego polityki. Właściwe ich miejsce – obok żydów, którzy chętnie pisaliby się na „niepodległość”, w której Niemcy zapewniłyby im swobodę wznoszenia zrębów przyszłej Judeo-Polski.

Trzeba zaiste niesłychanego zaślepienia ze strony tego na wskroś apolitycznego żywiołu, żeby sobie wyobrażać możliwość istnienia jakiejkolwiek państwowo- samorządnej Polski, która by pozwoliła na utworzenie się podobnego raka wewnętrznego, na rozrost tkanek, niezdolnych do samoistnego życia, a więc skazanych na powolne toczenie cudzego zdrowego organizmu narodowego. Jest to kwestią nie tylko przyszłości, ale samego bytu Polski. Nie na to godzi się ona z koniecznością dziejową wyrzeczenia się ziem etnograficznie niepolskich, ale usunięcia zarazem ze swego łona żywiołów narodowo jej wrogich, aby miała tolerować rozrost w samym swym rdzennym organizmie gorszych jeszcze wrogów, jawnych, zdeklarowanych, międzynarodowo zorganizowanych, którzy nie posiadają żadnego tytułu do wyjątkowych praw w Polsce, a będą zawsze przewodnikiem obcej ingerencji na naszym gruncie. Konsolidacja narodowa w przyszłej Polsce zacząć się musi od załatwienia się raz na zawsze z apetytami nie tylko na Judeo-Polskę, ale na wszelkie rzekomo „narodowe” prawa żydów.

„Sprawa Polska”, Nr. 36 z r. 1916


Tekst został opublikowany także w książce Zygmunt Balicki - Z doby przełomu myśli narodowej


[1] Rzecz tę śp. Zygmunt Balicki napisał w wigilię śmierci swojej. Jest to ostatnia jego praca.

Inne publikacje autora Wszystkie artykuły