Stanisław Piasecki - Wsi spokojna, wsi wesoła

Naprzód była w naszej literaturze wieś sielankowa. Pastyrze i pastyrki, rozśpiewani żniwiarze, dożynki. Potem wieś kolorowa. W łowickich pasiakach, w cyfrowanych portkach góralskich, z kółeczkami u pasa i pawimi piórami u czapki. Wreszcie wieś ponura, przefasonowana na brudno i czarno, jak było trzeba miejskim ciarachom dla epatowania sytych burżujów nędzologią. Ostatnio przybyła nowa odmiana: wieś czerwona, w pożodze rewolucyjnych haseł, doktrynersko naciągnięta do potrzeb tzw. agitacji społecznej.

Wieś Wincentego Burka[1] nie jest ani sielankowa, ani kolorowa, ani ponura, ani czerwona. A raczej, jest po trosze i sielankowa, i ponura, i beztrosko kolorowa i podminowana rewolucyjnie. Jest po prostu – prawdziwa.

Przepowiadki burkowe o sandomierskim Ocinku mają dech epicki. Krótkie to opowiastki, wycinki z życia chłopskiego, złączone ze sobą wspólnością tła i osób tylko, a przecie wyłania się z nich obraz wsi pełniejszy, niż z niejednej powieści. Od pierwszych kart książki wiemy na pewno, że mamy do czynienia z urodzonym epikiem. Ten sam w „Drodze przez wieś” stosunek pisarski do materiału, co w „Placówce” Prusa, czy „Chłopach” Reymonta. Bezpośredniość obserwacji, a nie literackie przekomponowanie materiału z drugiej ręki. Szeroki obraz, a nie jakiś jeden odcinek, oświetlony reflektorem, aby inne pozostały w cieniu. Pasja obiektywizmu, a nie robota z myślą powziętą z góry.

W stosunku do swych wielkich poprzedników: Prusa i Reymonta, ma Burek przewagę punktu obserwacyjnego. Do czego tamci musieli dochodzić studiami nad wsią i intuicją, to Burek ma w sobie. W krwi długich ocińskich pokoleń chłopskich, w wspomnieniach z dzieciństwa, w przynależności do narodu chłopskiego. Zaś inteligencki czytelnik, który o życiu wsi tyle wie, co z lektury „Placówki” i „Chłopów”, opisujących wieś głęboko przedwojenną – w książce Burka pierwszy raz spotyka się z epickim obrazem wsi dzisiejszej.

A zmiany tam zaszły wielkie, które nie mogły pozostać bez wpływu na ukształtowanie się stosunków. Głębokie zmiany w strukturze gospodarczej. Naprzód komasacja, która zupełnie zmieniła oblicze wsi w tych okolicach, gdzie ją już przeprowadzono. Opisuje ją Burek w pierwszym opowiadaniu: „Kolenije na Ocinku”, Przewrót to przecież olbrzymi: ginie dawna wieś, szeregiem chałup obsiadła przy drodze i szachownicą pól otoczona, a powstają gospodarstwa scalone, wieś rozrzucona, „kolenije”, (Nazwa „kolonii” dla skomasowanego gospodarstwa chłopskiego, powszechna na wsi, wywodzi się chyba stąd, że koloniści niemieccy ten typ gospodarki stosowali).

Komasacja gruntów, która wobec chłopskiego przywiązania do swojej ziemi, choćby w spłachetki podzielonej, nie bez trudu, walk i oporu została przeprowadzona na Ocinku, otworzyła przed chłopem możliwości świetnego rozwoju gospodarstw Nie na długo jednak. Przyszedł kryzys, ów niepojęty dla chłopa „krezys”, który wszystko przewrócił do góry nogami. Zaciągane w tłustych latach na rozbudowę gospodarki długi przydusiły chłopa nie do wytrzymania wobec spadku cen na płody rolnicze. A długi zaciągali wszyscy, potrzebnie i nie bardzo potrzebnie, taka była moda, U bogatszych gospodarzy na wsi, u chłopskich lichwiarzy, takich, jak opisany przez Burka „doktór” Kodrot, u Żydów. Gdy przyszło do oddawania, okazało się, że wbrew najsumienniejszym obliczeniom w chwili zaciągania długu – teraz oddać nie ma z czego. Jest takie zjawisko kryzysowe, które w języku ekonomicznym nazywa się mądrze i obrazowo: nożyce cen. Ceny rolnicze spadły, a przemysłowe nie chcą za nimi nadążyć. I pieniądz stoi jak mur: dumni przecież jesteśmy z trwałości naszego złotego, z owej znowu mądrze w języku ekonomicznym nazwanej deflacji.

Stach Płaza z Ocinka nic nie wie o tej tam deflacji, ale gdyby wiedział, toby ją scholerował. Bo przecież wie: przed paru laty pożyczył od Krysiny pieniądze. Krysina uchowała wieprzka, sprzedała go i co dostała, pożyczyła Płazie. Potem Płaza wyhodował wieprzka, jeszcze większego, sprzedał i oddał pieniądze Krysinie. Dużo oddał? Odrobinę zaledwie, cząsteczkę zaledwie. A teraz chce jeszcze dodać dwie spaśne świnie, aby była kwita. Ale Krysina ani słuchać nie chce. To nie wyjdzie tyle, ile wtedy pożyczyła. A pożyczyła pieniądze, nie wieprzka. Stach Płaza, choć znów nic nie wie o tym mądrym pojęciu ekonomicznym, jest zwolennikiem parytetu gospodarczego. Ale za Krysiną stoi prawo deflacji...

I tak ze wszystkimi długami. A dopiero podatki! Z czego ma je płacić wyrobnik ociński, Pietrek Ćmolach, kiedy ma dwieście złotych rocznego dochodu i sześć gęb do wyżywienia? Zima, w chałupie ziąb, woda w misce zamarza, a przecie sekwestrator, zakucznikiem w sandomierskich stronach nazywany, zafantował Pietrkowi ostatnią pierzynę i poduszki. Idzie Pietrek do miasta poskarżyć się panu naczelnikowi w urzędzie skarbowym na swoją krzywdę. Ale do pana naczelnika chodzą różne panki, łatwy tam przystęp sytym i niebiednym, gdzieżby zaś Pietrkowi Ćmolachowi! „Pan naczelnik dziś nie przyjmuje”.

Tak się co dzień nad Ocinkiem zagęszczają chmury krzywdy i biedy. I raz po raz wyładowują się w błyskawicach gniewu i buntu. Pokąd będzie to trwało? „Za psi piniondz oddać musis, coś za rok upracował”. Więc – chłopski strajk! Ani ziarnka do miasta! Nic na jarmark! Niech se ta w mieście nie jedzą! Ale na długo uda się taki strajk przeprowadzić? Wiadomo, ludzie nie wytrzymają, tak jak ten Stasiuk Siajniaguła, który strajk ociński złamał.

Za parę miesięcy znowu – wojna z zakucznikiem, który w sam robotny czas przyjechał do wsi fantować dobytek za podatki. Zakucznik – to widomy obraz chłopskiej nędzy w najurodzajniejszych stronach Polski, nędzy wśród sandomierskiego czarnoziemu...

Bo Ocinek z książki Burka, to przecież wieś zasobna; kułacka, jakby powiedzieli panowie marksiści. Chłopy tam mają morgów sporo i biedy przed wojną nie uświadczyli. A teraz ich bieda dusi i gnębi. Cóż dopiero mówić o chłopie na mazurskich piachach lub na spłachetku ziemi w środkowej Małopolsce...

Posępny obraz wyglądałby z książki Burka, gdyby tym wszystkim materialnym zgryzotom nie przeciwstawił autor siły chłopskiego wytrwania, co potrafi zmóc i choroby, i nieurodzaj, i pożar, i dzisiejsze pieskie czasy. Da się to biedzie taki siwy Kaźmirz z Ocinka, który przy podziale komasacyjnym gruntów, dostał nieużytki i rozpadliny w Roleńskim Dole i sam jeden je uprawił, dwa lata dół zasypując, aż zbożem zasiał? Zmogą to przeciwności wieś, która wyda je takich chłopów, jak Marcin Krysa, co umierał ze skibą ziemi w rękach? Albo tych braci Sochów, co w kawalerstwie wytrwali, bo im poręczniej było pospólnie gospodarować na ojcowiźnie?

A kiedy już bieda zanadto dogryzie ociniakom, kiedy ich zniszczyć będzie chciała – o, to chłopaki tamtejsze mają ręce twarde nie tylko do pracy, ale i do bitki. Potrafili dać bobu Łukowiakom, którzy się zanadto na zabawie ocińskiej przy muzyce rządzili, to jak przyjdzie czas, i o chłopskie prawo, razem z tymi Łukowiakami, walczyć potrafią. Bo taki czas przyjdzie. Jest nawet już niedaleko, tylko się po miastach o tym nic nie wie.

Prawda chłopskiej biedy i poniewierki dzisiejszej, wyzierająca z kart książki Burka, nie kokietuje czytelnika skamleniem i biadoleniem. Ta książka, na przekór swej treści, aż bucha optymizmem siły chłopskiej. Gdzie kryje się ten optymizm, odczuwalny cały czas przez czytelnika, trudno nawet określić. Może w budowie zdań, może w jędrności języka, może w poczuciu dawności kulturalnej, które autor z dumą nosi w piersiach. Nie byle co – Ocinek. Od króla Łokietka już na pańskie nie chodzi, pańszczyzny nie znał, chłopy tam honorne, prosto się noszą, z głową do góry.

W tym wolnym od pańszczyzny rodowodzie Ociniaków szukać zapewne również trzeba wytłumaczenia fenomenu artystycznego, jakim jest książka Burka. Zadufały w sobie potomek kultury szlacheckiej, próżno by chciał dogrzebywać się w tej książce „młodszości kulturalnej”. Nie znajdzie także inteligenckiego zaczadzenia, któremu tak łatwo ulegali do niedawna i jeszcze teraz ulegają nieraz synowie chłopscy na studiach po miastach. Ani krzyku protestu świeżo wyrwanej z niewoli społecznej warstwy, tak charakterystycznego dla młodej twórczości chłopskiej. Jest natomiast dumne poczucie własnej wartości, które przydaje książce epickiego spokoju.

Obrazki ze wsi Burka nic nie mają wspólnego z modnym dziś rodzajem reportażowym. To utwory zdumiewające swą dojrzałością artystyczną i kompozycją, przetrawieniem zarówno treści, jak i formy. Opowiadanie Burka z rzadka tylko spiętrza się w dramat, ukazując możliwości pisarza w tym kierunku; przeważnie nie wychodzi z celowo pomyślanych form epickiej narracji. Mało które z tych opowiadań można by nazwać nowelą. Burek unika zamykania cząsteczek wielkiej gawędy klamrami efektów. Nieraz opowiadanie urywa się, jakby nożem uciął. Czuje się za nim ciąg dalszy. Te obrazki wiejskie zdają się być (podobnie jak „Ludzie stamtąd” Dąbrowskiej w stosunku do „Nocy i dni”) jakby wprawką, jakby przygotowaniem do epopei w wielkim stylu, której chyba trzeba będzie teraz od Burka oczekiwać.

Wszystkie dane po temu ma: bo i coś do powiedzenia i opanowanie rzemiosła pisarskiego. Bogactwo jego języka, dla nas, z naszym wyszarzałem i zubożałem słownictwem miejskim, jest czymś wprost oszołamiającym: i tam, gdzie Burek w dialogach stosuje gwarę autentyczną (nie zawsze może szczęśliwie w transkrypcji fonetycznej), i tam, gdzie gwarę w opisach stylizuje, nie przesadzając w szpikowaniu zdań słowami gwarowymi, co się nawet przytrafiało Tetmajerowi, gdy do naszego języka literackiego wprowadził góralszczyznę.

Piękno gwary sandomierskiej, przetworzonej artystycznie przez Burka, jest tak sugestywne, że aż można się obawiać, czy ta skromna książka nie wywoła takiej mody na sandomierszczyznę, jaka była kiedyś w naszej literaturze na góralszczyznę. Obawiać się oczywiście można tylko mody i kiepskich naśladowców, a nie wchłonięcia nowoodkrytych literacko zasobów polszczyzny. Ale kiepscy naśladowcy chyba nie grożą; Burek nie wchodzi z Sandomierskiego w literaturę w pojedynkę. Jest już ich cała grupa tych pisarzy-sandomierzaków: Młodożeniec, Koseła, Burek – to najpierwsze nazwiska.


Rzuciłem okiem na to, co napisałem o „Drodze przez wieś”, i widzę, że dawno już chyba nie napisałem recenzji równie entuzjastycznej i równie bezzastrzeżeniowej. Ale urzekła mnie ta książka, chociem ją przecież znał przedtem w fragmentach (drukowanych w „Prosto z Mostu” i dodatku literackim „ABC”). Nie, nie mam najmniejszej wątpliwości:

– Wielki talent objawił się w młodej literaturze polskiej.


Tekst pochodzi z książki Stanisław Piasecki - Prawo do twórczości


[1] Wincenty Burek: Droga przez wieś. Warszawa, 1935. Towarzystwo wydawnicze „Rój”,

Inne publikacje autora Wszystkie artykuły