Stanisław Piasecki - W młodych oczach

Przeciwstawienie: starzy – młodzi, nie jest w dzisiejszej Polsce banalnym przeciwstawieniem wieku. Jest czymś znacznie więcej: jest przeciwstawieniem dwu różnych sposobów myślenia. W pewnej mierze jest nim zresztą w całej powojennej Europie, ale w Polsce bardziej niż gdziekolwiek indziej.

Im większa przestrzeń czasu dzieli nas od Wielkiej Wojny, im wyraziściej rysują się jej skutki, jeszcze przez niektórych nazywane enigmatycznie „kryzysem” – tym jaśniejsze się staje, że rok 1914 będzie kiedyś datą ostrzej rozgraniczającą dwie epoki, niż uznany za datę graniczną między średniowieczem a tzw. czasami nowożytnymi rok 1492. Odkrycie przez Kolumba Ameryki otworzyło przed Europą handlarskie perspektywy, rozbiło statykę średniowiecznego świata, podważyło strukturę feudalizmu, położyło podwaliny pod rozwój kapitalizmu. Wielka Wojna 1914–1918 zadała gospodarce liberalno-kapitalistycznej cios śmiertelny. Ukazała nicość jej wszystkich kanonów. Dyktatura gospodarcza państwa w okrążonych ze wszystkich stron przez koalicję Niemczech była nie mniejszym przewrotem w pojęciach niż późniejsza rewolucja komunistyczna w Rosji. Na razie tylko – zaraz po wojnie – nie zdawano sobie z tego sprawy, próbowano wracać do przedwojennych systemów gospodarki wolno-kapitalistycznej, dopóki tzw. kryzys nie zaczął na dobre przewracać domków z kart.

Dla młodego pokolenia, niepamiętającego czasów przedwojennych, nie zasugestjonowanego ich rzekomą świetnością, nie ogłupionego zasadami ekonomii klasycznej – sprawa jest od razu jasna i oczywista. To pokolenie nie ma obciążeń. Ono widzi jak na dłoni cały absurd moralny, społeczny, polityczny i gospodarczy przeżytego ustroju kapitalistycznego. Kwestie sporne sprowadzać się mogą co najwyżej do wyczuwania tendencji rozwojowych nowego ustroju. Czy ma to być po prostu – jak w Rosji sowieckiej – upaństwowienie stworzonego przez wielki kapitalizm w epoce maszyny parowej ustroju koncentracji przemysłowej i rozbudowanie go dla wzmocnienia potęgi narodu – czy też, przewrót ma iść głębiej, mieć na celu nie tylko dobro zbiorowości, ale i dobro jednostki, zaspokojenie jej potrzeb materialnych na równi z duchowymi przez wykorzystanie dekoncentracyjnych możliwości, jakie niesie ze sobą rozwój nowoczesnej techniki. Jest to jednak oczywiście sprawa przyszłości, sprawa, której nie wolno prymityzować naiwnymi hasłami powrotu do średniowiecza, ani kopiowaniem genialnych koncepcji św. Tomasza z Akwinu, twórczych dla średniowiecza, niezastosowalnych w dzisiejszych warunkach życia.

Odwoływanie się do średniowiecza, przeskakiwanie myślowe przez całą epokę ku czasom przedkapitalistycznym tym niemniej jest jeszcze jednym dowodem, że żyjemy w czasach przełomu: ferment antykapitalistyczny wspólny jest całemu młodemu pokoleniu Europy. Tu przebiega granica, granica Wielkiej Wojny, pomiędzy starymi a młodymi.

W Polsce granica ta ma znaczenie podwójne: jest granicą nie tylko ogólnoeuropejską, ale specyficznie polską. Rozdziela pokolenie myślące kategoriami walki o niepodległość i utrzymania niepodległości – od pokolenia wzrosłego w wolnej już Polsce i myślącego kategoriami zadań dziejowych narodu polskiego. Każda nowa epoka dziejów żłobi się odmiennym stylem w życiu narodów, które mają ambicję jej przewodzić. Około tych narodów-przodowników, tworzących własny styl duchowy, grupują się narody bierne, zdane na uleganie cudzemu imperializmowi ideowemu, zadawalające się fikcją niepodległości formalnej.

Dla pokolenia polskiego, zrodzonego w niewoli, wytyczenie granic państwa polskiego na mapie Europy było i musiało być celem jedynym i wyłącznym, w którym zamykało się wszystko. Dla młodego pokolenia państwo polskie jest już faktem, oczywistością. Zagadnieniem istotnym jest dla tych młodych: czy w budowaniu nowej epoki potrafimy być narodem – przodownikiem, czy też spadniemy do roli narodu biernego, narodku?

Te dwie różne postawy psychiczne starych i młodych sprawiają, że te same pojęcia mają w ustach jednych i drugich zupełnie inny sens. Dla pokolenia niepodległościowców: Wielka Polska – to znaczy: Polska w granicach, jakie jej przycięto w traktacie wersalskim, zaokrąglonych o Mazury, Warmię, Śląsk, kwestia, czy w traktacie ryskim nie powinniśmy byli iść dalej na wschód. Dla pokolenia młodych: Wielka Polska – to Polska jako centrum nowego typu cywilizacji duchowej, promieniująca na całą środkową i południowo-wschodnią Europę, zdolna się przeciwstawić zarówno imperializmowi sowieckiemu Rosji, jak nordyckiemu Niemiec, uniezależniona od imperializmu masońsko-liberalnego Francji i jej systemu szatkowania Europy wschodniej.

Dla urzeczywistnienia takiej koncepcji nie wystarczy zachłystywanie się terminem ,,państwo” (czytaj: niepodległość spełniona), pokrzykiwanie o silnej władzy, cieszenie się mocarstwowością (bankietową), pacyfikowanie i na zmianę ugodowe głaskanie Ukraińców, wyłgiwanie się od męskiego postawienia kwestii żydowskiej, groszowe inwestycje dla zatrudnienia bezrobotnych, zręczne manipulowanie walutą. Młode pokolenie polskie, w zakresie spraw politycznych, społecznych i gospodarczych, ma do przemyślenia właściwie wszystko. Dorobek myśli politycznej pokolenia niepodległościowego, który tak wielkie oddał usługi w wywalczeniu państwowości polskiej – dla budowy Wielkiej Polski jest niemal bezużyteczny, bo minimalistyczny, ciasny, przestarzały, dojutrkowski. Pozostanie z niego jedna wartość bezcenna: sformułowanie prawdy uczuciowej nacjonalizmu, które sprawiło, że młode pokolenie polskie idzie w swej olbrzymiej większości po drodze narodowej, że Targowica komunistyczna, pracująca dla imperializmu sowieckiego, tak jest w nim nieliczna.

Ruch narodowy młodego pokolenia w Polsce przez czas dłuższy był raczej ruchem uczuciowym niż myślowym. Różnica z pokoleniem poprzednim była zrazu bardziej różnicą temperamentu niż uświadomienia sobie nowych zadań. W miarę jednak, jak zasilały go nowe roczniki, coraz mniej wnoszące obciążeń, coraz odporniejsze wobec autorytetu zasług niepodległościowych przygniatającego zdolność samodzielnego myślenia, zaczął się emancypować, znajdować swój własny wyraz, rozwijać twórczość umysłową.

Jednym z najciekawszych i najżywszych umysłów tego pokolenia jest Wojciech Wasiutyński. Jego felietony „Z duchem czasu”, zawsze frapujące świeżością i oryginalnością koncepcji i ujęcia, są chyba najpoczytniejszą rubryką tygodnika „Prosto z Mostu”. A przecież, jest to zaledwie margines właściwej działalności publicystycznej Wasiutyńskiego, wypowiadającej się najpełniej w rozprawkach politycznych. W zeszłym roku wyszła z druku jego praca pt. „Naród rządzący”, formułująca zasady nowoczesnego, ustroju narodowego. Myliłby się gruntownie, kto by przypuszczał, że znajdzie tam projekt konstytucji państwa narodowego. Zagadnienie zostało, potraktowane o wiele głębiej: dla Wasiutyńskiego bowiem konstytucja jest tylko fragmentem ustroju. Ustrój obejmuje zarówno życie gospodarcze, społeczne, jak i polityczne, które musi stanowić jedność, jest całością norm prawnych, obowiązujących w danym państwie. Jakże charakterystyczne sformułowanie dla zilustrowania totalności myślenia młodego pokolenia narodowego, koniecznej przy podejmowaniu przebudowy gruntownej!

Świeżo ukazała się z druku nowa broszura Wasiutyńskiego pt. „Zagadnienie ziem wschodnich”. 30 stron druku – ale treść z pewnością bogatsza od niejednego grubego dzieła na ten sam temat. I pierwsze bodaj konsekwentne rozważenie sprawy z punktu widzenia państwa polskiego, a więc spojrzenie na zagadnienie młodymi oczyma, oczyma Polaka wolnego od konieczności brania w rachubę wygrywania problemu przez zaborców.

Po dziś dzień pokutują w społeczeństwie poglądy w tej materii, żywcem przeniesione z lat niewoli, choć jest rzeczą oczywistą, że po odzyskaniu niezawisłości państwowej przez Polskę, sprawa ukraińska czy białoruska, stała się czymś zupełnie innym, niż była w czasach zaborczych.

Wasiutyński rozgranicza bardzo mocno sprawę białoruską od ukraińskiej i słusznie przeciwstawia się sprowadzaniu ich do wspólnego mianownika kresów. Jako granicę między kwestią białoruską na ziemiach polskich a kwestią ukraińską wytycza Prypeć. I wskazuje na konieczność stosowania dwu różnych metod w ich rozwiązaniu. „Nie pięć metod różnych, jak to jest dziś, nie jedna metoda, jak tego próbowano w okresie federacyjnych planów, lecz dwa różne z natury rzeczy zastosowania tej samej myśli polskiej”.

Wprzód zagadnienie białoruskie. Wasiutyński, obszernie to uzasadniając, stoi na stanowisku, że białorusini nie są narodem. Ich język jest typowym przejściowym narzeczem pomiędzy językiem polskim a rosyjskim. Świadomości narodowej tu nie ma. Od wieków między Polską a Rosją toczy się walka o kulturalne wchłonięcie tych ziem. Pod względem społecznym białorusini posiadają właściwie jedną warstwę – chłopską. Na Białorusi sowieckiej zaczyna już powstawać inteligencja, ale jest to inteligencja komunistyczna, a więc poczuwająca się do przynależności do narodu sowieckiego. W ten sposób, mimo autonomii kulturalnej, bardzo zręcznie pomyślanej i na dłuższą metę unifikującej Białoruś z Rosją, postępuje tam proces rusyfikacji ziem białoruskich, który przenika również na ziemie białoruskie w granicach Polski przez jaczejki Kompartii Zachodniej Białorusi.

Konsekwentnej roboty polskiej na ziemiach tych nie ma zupełnie. Toteż Wasiutyński stawia program przeciwstawienia robocie asymilacyjnej, prowadzonej przez Sowietów konieczności roboty asymilacyjnej polskiej. Program zaczyna się od sformułowania błędów dotychczasowych, jakich należy unikać. Więc przede wszystkim unikać jakiejkolwiek walki z językiem białoruskim, przy czym nauka szkolna winna się zaczynać w języku miejscowym z pisownią polską i alfabetem łacińskim i w wyższych klasach przechodzić do nauki języka literackiego polskiego. 

Drugi błąd, to byłaby chęć oparcia się na dworach, jako na głównych ośrodkach polskości; przeciwnie, należy wielką własność rozparcelować pomiędzy chłopów miejscowych, aby ich w ten sposób pozyskać dla państwa polskiego. 

Trzeci błąd to wszelkie pomysły kolonizacji, które rozpętały by walką narodowościową z przybyszami, gdy chodzi przecież o zasymilowanie całej masy białoruskiej. 

Wreszcie błędem czwartym byłoby według Wasiutyńskiego, niestworzenie wspólnego frontu antyżydowskiego i w konsekwencji antykomunistycznego, jako początku reform.

Oczywiście reformy te byłyby do pomyślenia tylko w państwie zorganizowanego narodu (którego zasady wyłożył Wasiutyński w „Narodzie rządzącym”) i tylko przez wciągnięcie białorusinów do współodpowiedzialności w organizacji politycznej narodu, tak jak dziś Sowieci wciągają ich do organizacji politycznej narodu sowieckiego, Kompartii.

Pozostaje jeszcze na Białorusi zagadnienie religijne, ważne ze względu na możliwość tarć między katolicką Polską a prawosławną masą białoruską. Tu wysuwa Wasiutyński koncepcję unii, twierdząc: „Jeżeli sprawę kościoła grecko-katolickiego przegraliśmy jako naród, to jest nasza przede wszystkim wina. Leży ona nie w tym, żeśmy unię doprowadzili do skutku, lecz w tym, że szlachta prowadziła szkodliwą politykę klasową”.

Trudno nie zgodzić się z tymi wszystkimi tezami. Są one – dla młodych oczu – oczywiste. Bardziej już komplikuje się sprawa z zagadnieniem ukraińskim. Ale jest też ono nierównie bardziej skomplikowane. Przede Wszystkim dlatego, że Ukraińcy są narodem. To jest punkt wyjścia znów dla każdych młodych oczu oczywisty.

Na terytorium etnograficznym Ukrainy (obejmującym zupełnie inne ziemie, niż dawna Ruś, stąd też Wasiutyński porzuca jałową polemikę: Rusini czy Ukraińcy?) wytworzyła się sytuacja szczególnie paradoksalna. Najsilniejszy ruch narodowy ukraiński rozwija się nie w centralnych ziemiach ukraińskich, ale właśnie na terytorium mieszanym polsko-ukraińskim, w b. Galicji Wschodniej, na dawnym terytorium Ziemi Czerwieńskiej, która już od pierwszych Piastów przechodziła raz po raz we władanie polskie, a od czasów Kazimierza Wielkiego należy do Polski trwale. Wasiutyński podaje przy tym cyfry niezmiernie interesujące a ilustrujące stały postęp polskości na tych ziemiach do lat ostatnich. Granica narodowościowa jest tu prawie jednoznaczna z wyznaniową. Polacy to rzymsko-katolicy, Ukraińcy to grecko-katolicy. Otóż procent rzymsko-katolików wynosił tu: w r. 1869 – 21.8, w r. 1890 – 22.7, w r. 1910 -25.3, w r. 1931 – 30.6. Toteż każdy Polak zgodzi się ze zdaniem Wasiutyńskiego, że skoro na ziemiach tych żyje blisko trzy miliony Polaków „nie mogą one być nigdy przedmiotem handlu w żadnej najbardziej nawet olśniewającej kombinacji międzynarodowej”.

Ale też tu zarazem splata się węzeł tragiczny. Na Ukrainie sowieckiej, w centrum ukraińskim, nie ma jeszcze narodu, „choć jakby można paradoksalnie powiedzieć, istnieje tam narodowość ukraińska” – w Polsce, dzięki powstaniu silnej narodowej inteligencji ukraińskiej, Ukraińcy są narodem niewątpliwym. Węzeł ten rozcina Wasiutyński po męsku. Nie możemy budować Ukrainy, bo wymagałoby to rozbicia potężnego ZSRR, co byłoby możliwe tylko przy pomocy Niemiec i oddałoby nas w konsekwencji w zależność od nich. Sami moglibyśmy się porwać na odbudowę Ukrainy dopiero po stworzeniu z Polski ośrodka cywilizacji katolickiej, promieniującego na całą Europę środkową i po rozgromieniu Niemiec w oparciu o narody środkowoeuropejskie, a jest to program, który przerasta siły jednego pokolenia. Nie możemy więc Ukraińców bałamucić, tym bardziej zresztą, że jest bardzo wątpliwe, czy utworzenie Ukrainy byłoby dla nas korzystne, czy nie stalibyśmy się w tym sojuszu partnerem słabszym. Jeśli zatem nie istnieje możliwość sojuszu – to pozostaje tylko druga uczciwa konsekwencja: możliwość walki.

Taki jest tok rozumowania Wasiutyńskiego. Wynika z niego postulat walki zasadniczej z Ukraińcami na ziemiach południowo-wschodnich o prymat, postulat planowej akcji asymilacyjnej. Wszystkie te błędy naszej polityki wschodniej, które wyliczył Wasiutyński w stosunku do kwestii białoruskiej i tu mają zastosowanie. A więc nie kolonizować, nie walczyć z językiem ukraińskim tylko zlatynizować jego pisownię, parcelować ziemię pomiędzy ludność miejscową zarówno polską jak i ukraińską, wciągnąć Ukraińców w orbitę kultury polskiej.

Mam jednak wrażenie, że Wasiutyński słusznie rozgraniczając kwestię białoruską i ukraińską jako dwie odrębne kwestie, popełnił w końcu ten błąd, że środki rozwiązania podał te same. Różnica polega tylko na akcencie: ziemie białoruskie mamy po prostu asymilować, na ziemiach południowo-wschodnich walczyć z Ukraińcami o... asymilację. Oczywiście, jako podstawę przyjąć się musi w obu przypadkach, że tę akcję będzie prowadzić Polska młodych, prężna ideowo, atrakcyjna swym ideałem budowy nowego typu cywilizacyjnego, Polska szerokich horyzontów. Taka jak jest dzisiaj nic nie zdziała. Ale nawet ta przyszła, która poszłaby na ziemie południowo-wschodnie z programem Wasiutyńskiego, sama pozbawiłaby się pewnych możliwości, które istnieją z pewnością. Możliwości właśnie uniknięcia walki.

Ukraińcy są narodem. Chcieć ich zasymilować to znaczy wypowiedzieć im walkę. Ale właśnie dlatego, że są narodem, że reprezentują twórcze wartości cywilizacyjne, że te wartości – polskie i ukraińskie – zazębiają się o siebie na tej samej ziemi starych Grodów Czerwieńskich, istnieje możliwość asymilacji obopólnej, możliwość jedynego ludzkiego rozwiązania sprawy. Asymilacji obopólnej w sojuszu narodowym dla wspólnej walki o ideały przebudowy Europy środkowej. Sojuszu, którego odległym, ale koniecznym celem musi być włączenie do tego systemu cywilizacyjnego Ukrainy wschodniej, rusyfikowanej przez imperializm sowiecki. I zadania w ten sposób temu imperializmowi ciosu, który by go raz na zawsze odepchnął na północ. A przecież bez rozprawy zasadniczej z imperializmem zarówno sowieckim, jak nordyckim, nie ma w tym miejscu Europy miejsca na antypogańskie, chrześcijańskie ideały, reprezentowane przez Polskę.


Tekst pochodzi z książki Stanisław Piasecki - Prawo do twórczości

Inne publikacje autora Wszystkie artykuły