Stanisław Piasecki - Ofensywa dłubaczy

Dzieje literatury polskiej zaczynają się w każdym podręczniku od historyka Gallusa-Anonima i jego Kroniki, pochodzącej z początku XII-go wieku. Potem długo, długo, bo przez całe stulecie – nic. I znów historyk: mistrz Wincenty Kadłubek. Najwybitniejszym pisarzem Polski średniowiecznej (łacińskim oczywiście jeszcze) jest historyk Jan Długosz. Poprzez całe dzieje literatury naszej, aż do czasów stanisławowskich, historycy jako pisarze, a więc współtwórcy literatury, wymieniani są obok poetów. Biskup Adam Naruszewicz, jeden z najtęższych pisarzy wczesnej ery stanisławowskiej, jest poetą i historykiem zarazem. Świetne tradycje historyków-pisarzy godnie reprezentują w czasach porozbiorowych Szujski, Szajnocha, Kalinka, Kubala. Nie sposób wyobrazić sobie historii literatury polskiej bez ich nazwisk.

Nie sposób byłoby również wyobrazić sobie jej bez nazwisk publicystów i pisarzy politycznych. Od Ostroroga, Frycza Modrzewskiego i Orzechowskiego do Kołłątaja i Staszyca, publicystyka polityczna jest jako rodzaj literacki równouprawniona na kartach historii literatury z tzw. piśmiennictwem pięknem. O Orzechowskim tyleż pisze się w podręcznikach, co o Kochanowskim czy Reju, o Staszycu niemniej niż o Krasickim, czy Trembeckim. Ale kiedy przed kilku laty miasto Poznań przyznało nagrodę literacką wielkiemu pisarzowi politycznemu Polski współczesnej, Romanowi Dmowskiemu – ileż było na ten temat różnych głupawych docinków i konceptów! Dmowski – i literatura?

Na tym przykładzie najjaskrawiej się uwydatnia, jak dalece zacieśnione i zubożone zostało u nas w ostatnich czasach pojęcie literatury. Za pisarzy uznaje się już tylko poetów i beletrystów; w drodze łaski jeszcze krytyków literackich (tzw. eseistów) i historyków literatury. Ale już i na nich szykuje zamach znakomita pisarka polska, sama panna Szpyrkówna; sławna ta autorka postawiła na ostatnim walnym zebraniu Związku Zawodowego Literatów wniosek, aby „pisarzy prawdziwych” (t. j. beletrystów i poetów) rozgraniczyć od pół-pisarzy, publicystów; aby wprowadzić specjalne kategorie członków.

Zacieśnienie pojęcia literatury uzewnętrzniło się niemniej jaskrawo w skompletowaniu ekipy Polskiej Akademii Literatury. W przeciwieństwie do Akademii Francuskiej, która piśmiennictwo traktuje szeroko i pośród swych członków zalicza zarówno poetów i beletrystów, jak i historyków, publicystów, polityków, kaznodziejów czy pisarzy wojskowych – nasza Akademia ograniczyła się li tylko do tzw. literatów pięknych. Kilka pozornych wyjątków tłumaczy się prosto: publicysta Rzymowski raczej za recenzje teatralne obrany niż za artykuły polityczne; prof. Kleiner jako historyk literatury (gdyby był historykiem „czystym” – już by jego szanse spadły do zera); prof. Zieliński z pewnością bardziej zawdzięcza gwiazdę akademicką swej dostojnej brodzie, niż wspaniałym studiom religioporównawczym.

Owo kurczenie się zakresu, nazywanego u nas literaturą, ma bardzo poważne konsekwencje, zwłaszcza gdy idzie o historię. Niesprawiedliwością zresztą byłoby powiedzieć, że historia została wyeksmitowana z literatury przez literatów. Wyprowadziła się sama, a ta wyprowadzka odbyła się nieledwie w ciągu ostatnich lat kilkunastu. Historyk, przybrawszy dumne miano naukowca, zaczął gardzić swą przynależnością do literatury. Ba, nawet zaliczanie go do literatury poczytywać sobie za despekt. Prof. Handelsman w swojej „Historyce” z przekąsem wyraża się o takim typie historyka, jaki jeszcze reprezentował Szymon Askenazy. Jako ideał stawia dzieło historyczne suche, naszpikowane przypiskami, broń Boże nie po literacku pisane. Literackość sposobu przedstawiania jest niegodna historyka...

Historia, po swoim odmaszerowaniu z literatury do nauki, zostawiła lukę trudną do wypełnienia. Pozbawiła szersze koła inteligencji możności uczestniczenia w zdobyczach wiedzy historycznej. Stempel naukowości działa na przeciętnego czytelnika odstraszająco. W dodatku, sprawa nie ogranicza się do stempla. Nowsze dzieła historyczne, w porównaniu z dawnym Szajnochą czy Kubalą, są istotnie trudno dostępne, ciężkie, nudne, zakalcowate. Czyż np. zwykły czytelnik, ten sam, który z najżywszym zainteresowaniem, jak najciekawszą powieść, przeczyta „Jadwigę i Jagiełłę” Szajnochy, czy „Szkice” Kubali – potrafi się przegryźć przez suchą monografię Zakrzewskiego o Chrobrym? Stąd też zainteresowania historią Polski, nie znajdując pożywki, słabną u nas w sposób zastraszający. Nie tak to jeszcze dawne czasy, kiedy wielka dyskusja pomiędzy szkołą historyczną krakowską a Balzerem o przyczyny upadku Polski czy rewizja stosunku do zatargu Bolesława Śmiałego z biskupem Stanisławem, podjęta przez Wojciechowskiego, czy wreszcie polemika o powstanie państwa polskiego (Piekosiński) – były na ustach całej inteligencji, znajdowały odzwierciadlenie w poezji i dramacie (Wyspiański!). Kto dzisiaj wie o podjętej przez Skałkowskiego rewizji postaci Kościuszki? Jaki utwór literacki osnuto na tle nowej sylwetki Barbary Radziwiłłówny, skreślonej przez Kolankowskiego, a tak różnej od tej, którą znamy z dramatów Felińskiego i Rydla?

Szkodliwy przedział, jaki wytworzył się pomiędzy historią a literaturą, nie jest zresztą zjawiskiem specyficznie polskim. Każdy kraj ma swoich Handelsmanów z ich teoriami unaukowienia i umetodycznienia (czytaj: zanudzenia) historii. Ale też wszędzie zaczął się wielki literacki ruch samoobrony; szerokie rzesze czytelników interesują się historią i gdy nie zaspakajają tego zainteresowania w sposób dostępny historycy, zastępować ich muszą literaci. Stąd taki ogromny rozwój biografii historycznych, pisanych przez literatów. Biografie te i u nas, w przekładach, poczytność mają ogromną. Polski czytelnik więcej dziś wie o Juliuszu Cezarze, Cromwellu, Erazmie z Rotterdamu, Marii Stuart czy Marii Antoninie, niż o Chrobrym, biskupie Oleśnickim, Zawiszy Czarnym, Jadwidze czy Barbarze Radziwiłłównie.

A nie zanosi się na to, by miała rychło zajść w tej mierze jakaś zmiana na lepsze. Nasi historycy nie tylko „nie zniżają się” do pisania książek, dostępnych dla szerszych kół czytelniczych, książek opartych o rzetelną wiedzę, a zarazem literackich w ujęciu – ale surowo skarcą każdego śmiałka-literata, który poważy się wedrzeć na ich teren.

Dwa takie charakterystyczne przykłady można było zanotować w ostatnich miesiącach. Jeden z nich – to atak dłubacki na książkę Juliana Wołoszynowskiego „Było tak”, będącą próbą literackiego przedstawienia dziejów Polski; pisałem o tym w artykule „Cook, Pontus de la Gardie i Było tak”. Drugi przykład, to przyjęcie, z jakiem spotkała się w krytyce prasowej książka Aleksandra Świętochowskiego „Genealogia teraźniejszości”[1].

Mam jeszcze świeżo w pamięci te czasy, kiedy w „Prosto z Mostu” drukowaliśmy „Genealogię” w odcinkach.

Była to zawsze najpoczytniejsza kolumna tygodnika. Pomimo, że szkic historyczny Świętochowskiego nie należy do popularnego rodzaju biografii powieściowej, ale zalicza się raczej do publicystyki historycznej, zainteresowanie szerokich kół czytelniczych było olbrzymie.

Po wydaniu „Genealogii” w książce, jej recenzenci-historycy „odkryli”, że Świętochowski opierał się przeważnie na starych, sprzed lat kilkudziesięciu opracowaniach historycznych, co zresztą dla każdego z czytelników nie było żadną rewelacją, autor bowiem wszędzie i sumiennie podawał źródła. Nie zadali sobie natomiast pp. historycy trudu wyświetlić, dlaczego to szkic Świętochowskiego, oparty na „starych materiałach”, zdystansował w poczytności ich nowe prace. Zamiast tego zajęli się dłubackim wyszukiwaniem błędzików historycznych. Dr. Olgierd Górka obwieścił wszem wobec i każdemu z osobna na łamach „Gazety Polskiej”, że Świętochowski nie ma zielonego pojęcia o historii, bo nie wie, jakie były dochody państwa polskiego za czasów Stanisława Augusta; podaje 15 milionów, gdy w rzeczywistości wynosiły one 15 milionów tylko dla Korony, a dla Korony i Litwy razem 25 milionów. Nie dość na tym! Świętochowski popełnia tak straszny błąd, że pisze o uchwale 10 proc, dochodów na wojsko, podczas gdy dr. Górka wie, iż 10 proc, obowiązywało tylko szlachtę, a duchowieństwo płacić miało 20 proc. Horrendum!

Inny recenzent-historyk, prof. K. Zakrzewski (w „Pionie”) dyskwalifikuje z punktu Świętochowskiego za to, że ujemnie wyraził się o generale Dąbrowskim, którego prof. Zakrzewski (wraz z Berentem) jest snać entuzjastycznym zwolennikiem. Podobnie recenzent-historyk „Wiadomości Literackich”, p. Józef Feldman, odmawia „Genealogii” wszelkiej historycznej wartości, bo skreślone przez Świętochowskiego sylwetki Czartoryskich, Ignacego Potockiego, Wybickiego czy Niemcewicza lub Zajączka nie idą po jego myśli, są potraktowane zbyt jednostronnie.

Nie dostrzeżono jakoś, że właśnie ta jednostronność celowa i zamierzona, stanowi o pisarskiej wartości książki, wynika ściśle z jej rodzaju literackiego. Jest to przecież pamflet na przedrozbiorową Polskę szlachecką epoki stanisławowskiej. Pamflet rozmyślnie, dla celów publicystycznych, zgęszczający czarne barwy przez jednostronny dobór faktów, ścisłych zresztą w swej istocie i dobrze historykom znanych. Nie jest to beznamiętna dłubanina w historii. Jest to pogląd na pewną epokę naszych dziejów, podyktowany pasją pisarską. Namiętność, z jaką Świętochowski ciska swe oskarżenia, czyni dopiero książkę żywą. Pisana jest tak, jak się zazwyczaj nie pisze o postaciach historycznych, którym odmierza się skrupulatnie złe i dobre, ale jak się pisze o ludziach żywych, z którymi się walczy. Świętochowski w „Genealogii teraźniejszości” walczy. Walczy poprzez przeszłość z teraźniejszością. W przeszłości bowiem widzi źródła teraźniejszości.

Można się nie zgadzać z wieloma tezami Świętochowskiego, z jego poglądem na armię, z jego wilsonowską ideologią polityczną, z jego apoteozą dobroci polskiej, ale nie sposób nie przyznać – i to jest pozytywnym osiągnięciem „Genealogii” – że bardzo wiele faktów z teraźniejszości tłumaczyć musi się i tłumaczyć trzeba przez przeszłość szlachecką Polski. Że tej szlachetczyzny, tego sarmatyzmu, zarówno w dobrym gatunku, jak i w najgorszym gatunku saskim i stanisławowskim pełno jest w kilkunastoletnich dziejach naszego niepodległego państwa.

Recenzenci – historycy „Genealogii” zbyli na ogół gołosłownymi zaprzeczeniami analogie psychiczne, jakie nasunęły się Świętochowskiemu pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. Olgierd Górka obwieścił po prostu, że te analogie są zupełnie chybione, bo w latach ostatnich „decydującą rolę odegrała inteligencja i mieszczaństwo”, a nie szlachta.

Tak się złożyło, że w kilka miesięcy po tych recenzjach ukazał się pamiętnik generała Sławoja-Składkowskiego „Strzępy meldunków”. I lektura tego pamiętnika nasunęła K.L. Konińskiemu spostrzeżenia bardzo zbliżone do tezy Świętochowskiego. Uderzyła go właśnie – staropolskość szlachecka środowiska, przedstawianego przez Składkowskiego. Że zaś Koniński nie pisał pamfletu, tylko odpowiedź na ankietę „Prosto z Mostu” o najciekawszej książce, podniósł zarówno złe, jak i dobre strony tej szlacheckości dawnej, wyczuwalnej na każdej stronicy „Strzępów meldunków”. Napisał jak recenzent. Świętochowski pisał jak walczący publicysta, który przeczernieniem obrazu – działa ostrzegawczo: Uwaga! Baczność! Dokąd idziemy?

Że idąc w takim kierunku, fatalną drogą byśmy poszli, tego świadomość zaczyna być coraz powszechniejsza. Nieoczekiwanie znajduję na to potwierdzenie w artykule mego oponenta w sporze o „Było tak”, K.W. Zawodzińskiego, wydrukowanym w ostatnim numerze „Buntu Młodych”. Zawodziński pisze wprost, że grozi nam zalew czasów saskich. I przypomina ich kilka rysów:

„W kraju panował bezład i upadek ekonomiczny, miasta pustoszały, stosunek kilkunastotysięcznej armii polskiej do krociowych sił zbrojnych sąsiadów był mniej więcej taki, jak stosunek dzisiejszego budżetu wojskowego Polski do wydatków na ten cel na wschodzie i zachodzie. Fortec nie budowano, gdyż ufano potędze kawalerii narodowej, niezdolnej do zmierzenia się z nowoczesnym wojskiem, a która ledwo mogła uporać się z pacyfikacją rozhajdamaczonej Ukrainy. Na północno-wschodzie propaganda zza kordonu. Zbyt liczna warstwa rządzących, cały stan szlachecki – ciężarem nie do wytrzymania kładła się na wynędzniałej warstwie rządzonych. Faktyczna władza spoczywała w ręku nieodpowiedzialnej oligarchii. Król polował. W stolicy jeszcze było najznośniej – utrzymywali porządek ludzie marszałkowscy; ogrom nędzy widać było dopiero na prowincji, w dawnych stolicach, teraz wyludnionych. Było tak…”.

To jest też – w kilku zdaniach – przykład, jak historię czynić żywą, jak się z niej uczyć, jak przybliżać ją dzisiejszości. Jeśli zaniedbują tej twórczej roli historycy, zacieśnieni tylko do połowy swych zadań: naukowych, dłubackich badań, to rolę tę spełniać muszą i spełniać będą pisarze i publicyści. I na to nie pomoże żadna ofensywa dłubaczy. Historia jest nauką, ale także – sztuką. Gdy się wyrzeka swych zadań twórczych, zadań kształtowania teraźniejszości przez odkrywanie w dziejach ludzi i idei praw wiecznie żywych i niezmiennych – luka, jaka w ten sposób powstaje, musi być wypełniona.


Tekst pochodzi z książki Stanisław Piasecki - Prawo do twórczości


[1] Aleksander Świętochowski: Genealogia teraźniejszości, Warszawa, 1936, Tow. Wyd. „Rój”.

Inne publikacje autora Wszystkie artykuły