Stanisław Piasecki - Latający dywan

– Zapewne, zapewne, to byłoby ładnie, gdyby dzisiejszy przemysł wielkomaszynowy dało się zastąpić całkowicie drobnymi warsztatami, wyzwolić w ten sposób człowieka z niewoli maszyny i przywrócić mu prawo do twórczości. Ale to jest utopia. Po prostu utopia i nic więcej. Mielibyśmy się wyrzec wspaniałych zdobyczy techniki? Zrezygnować z lokomotyw, samochodów, aeroplanów i cofać się z powrotem do okresu wozu, zaprzężonego w konie? Zalać kopalnie, zniszczyć huty, poprzecinać druty sieci elektrycznych i może wrócić do świeczki łojowej? Nie, dziękujemy pięknie. Powrót do średniowiecza wcale się nam nie uśmiecha.

I mnie także. Ale ilekroć słyszę tak lub podobnie sformułowane zarzuty przeciwko hasłu dekoncentracji przemysłowej, tylekroć zastanawia mnie charakterystyczny dla naszych czasów brak wyobraźni. Zrezygnować z lokomotywy – to nieodmiennie oznacza powrócić do podróżowania bryczką. Nie chcieć budowania potwornych Dnieprostrojów[1] – to znaczy propagować powrót do łuczywa. Tertium non datur[2]. Jeśli mowa o wyrzeczeniu się tego, co stworzył tzw. nowoczesny postęp techniki, to wyjałowionej wyobraźni współczesnego człowieka nasuwają się jedynie obrazy dawnych, minionych okresów historycznych. Nowych, innych możliwości nie widzi się. Bo i jakże! To wymagałoby choćby odrobiny fantazji, a fantazja została przecież wyklęta w naszych czasach rzeczowości. Wysokie ministerialne komisje do oceny książek dla dzieci i młodzieży nie znajdują dość słów dezaprobaty dla pisarzy, którzy ośmielają się jeszcze egzaltować wyobraźnię maluczkich bajkowym fantazjowaniem. Należy młodzież zaprawiać do myślenia trzeźwego, konkretnego, a nie do bujania w obłokach. Techniki ją uczyć, zaprawiać do wynalazków, budzić kult dla pracy przy maszynie. Rzeczywistość, przede wszystkim rzeczywistość!

Tylko ci wszyscy wielbiciele i czciciele oszałamiającej wspaniałym rozwojem technicznym rzeczywistości dzisiejszej nie są łaskawi pamiętać, że ta rzeczywistość dzisiejsza nie wybuchła nagle ni z tego, ni z owego, ale właśnie zrodziła się z fantazji, z dziecinnej bajkowej fantazji. Bez bajki o latającym dywanie, na którym szybował złodziej z Bagdadu, nie byłoby dziś aeroplanu, bo nie byłoby idei aeroplanu. W bajce o siedmiomilowych butach już był zaklęty cały przyszły rozwój techniki komunikacyjnej. Olbrzym Wyrwidąb – to najautentyczniejszy protoplasta dzisiejszych pił elektrycznych i tartaków, a jego brat Waligóra z pewnością ma na sumieniu technikę świdrów skalnych i ładunków dynamitowych. Ba, nawet kto wie, czy bez bajki „stoliczku, nakryj się!” istniałyby dziś bary, w których nowocześni zarozumialcy, goląc czystą zakrapianą, dumnie perorują o konieczności rzeczowego myślenia.

Otóż wydaje mi się, że nieznany twórca bajki o latającym dywanie, niemniej jest godny podziwu od Bleriota i braci Wright, jeśli nie więcej. I wydaje mi się, że popełnia się grubą przesadę, personifikując geniusz współczesnego rozwoju technicznego w Edisonie. Rzeczywistym ojcem techniki dzisiejszej jest zupełnie kto inny, choć sam żadnego wynalazku nie dokonał i całe życie strawił na fantazjowaniu: Jules Verne.

Inżynierski, techniczny sposób myślenia z natury swojej jest ciasny. Inżynierska metoda pracy – to dłubanina, wielokrotne eksperymentowanie, ulepszanie śrubki po śrubce. Gdy kierunek poszukiwań jest już wytyczony – rok za rokiem przynosi udoskonalenia techniczne, rok za rokiem przybliża nas do ideału fantazji, stworzonego przedtem w bajce, lub już bardziej skonkretyzowanego w fantastycznej powieści o kapitanie Nemo, Królu Przestrzeni, czy podróży na księżyc. Rozgałęzienia nowoczesnej techniki są tak liczne, taki jeszcze ogrom pracy do wykonania, aby dociągnąć do ideału już stworzonego w fantazji, albo nawet w niektórych dziedzinach pójść dalej, choć zawsze w tym samym kierunku – że wszelkie nowe fantazjowanie uznano za zbyteczne. Że zaś w dodatku kierunek fantazji technicznej XX-go i XX-go wieku (nazwijmy go kierunkiem vernerowskim) znakomicie odpowiadał potrzebom wielkoprzemysłowego ustroju kapitalistycznego, tedy i z tej strony zrobiono wszystko, aby wszelkie twórcze fantazje, nie mieszczące się w granicach, uznanych za „rzeczowe”, w zarodku zdusić.

Są już jednak znaki na niebie i ziemi, że ta jednokierunkowość tzw. postępu technicznego zaczyna się przesilać. Dwojakie składają się na to względy: gospodarcze i techniczne. Jeśli idzie o względy gospodarcze, to decydująca jest tu zasada opłacalności. Wmawia się jeszcze w nas, że skomplikowana, precyzyjna maszyna fabryczna pracuje taniej, niż człowiek na małym warsztacie. Coś jednak zaczyna się psuć w tym pewnym, do niedawna, rachunku. Bo, dlaczegóż, u licha, wielkie fabryczne tkalnie łódzkie załamują się jedna po drugiej, a równocześnie rośnie z dnia na dzień chałupniczy przemysł tkacki? Albo taki przykładzik, niewiarygodny na pozór, a jednak ściśle prawdziwy; czy wiecie państwo, że obrazy na wystawę sztuki belgijskiej w Warszawie, przywieziono z Belgii do Polski końmi, jak za króla Ćwieczka? Bo kilkutygodniowy transport końmi okazał się tańszy od przewozu koleją.

Ale nie tylko zasada opłacalności zaczyna płatać wielkiej maszynie coraz to złośliwsze figle. W pewnych dziedzinach techniki współczesnej zaczyna się już wyraźnie zarysowywać wyczerpanie możliwości dalszego rozwoju. Ci, którzy pomstują na barbarzyńskie hasła dekoncentracji techniczno-przemysłowej i roztkliwiają się nad losem lokomotywy, na którą oczywiście w nowym ustroju technicznym nie byłoby miejsca, są w gruncie rzeczy śmiesznymi konserwatystami. Maszyna parowa jest już u kresu swoich możliwości. Nic się już z niej więcej nie wyciągnie. Maluczko – a będzie to bezużyteczny grat, zdobiący najwyżej muzea historii techniki. Życie rozpoczęło ją samo likwidować. Płakać nad koleją żelazną, gdy nowoczesny dyliżans-autobus, wypiera ją zwycięsko wszędzie tam, gdzie państwo sztucznymi środkami nie broni swego kolejnictwa? Od olbrzymich lokomotyw, masywnych wagonów, milionów kilometrów szyn kolejowych, ogromnych stacji i hal dworcowych – do zwrotnych autobusików, nie wymagających poza szosami żadnych specjalnych urządzeń – to chyba znaczny krok w dekoncentracji komunikacji. Daleko jeszcze tu co prawda do dekoncentracji technicznej. Silnika spalinowego, który porusza auto, nie skleci kowal wioskowy. Wytworzyć go można tylko w wielkiej fabryce. Ale i silnik spalinowy niewiele już ma życia przed sobą. Jeszcze kilkadziesiąt kilometrów na godzinę prędzej, jeszcze kilka udoskonaleń —i kropka.

Zmierzch maszyny parowej i silnika spalinowego zdaje się być niewątpliwy. Zaś wraz z tym przyjść musi rewizja najistotniejszej zasady techniki współczesnej, zasady walki z siłami przyrody, przeciwstawionej dawniejszej zasadzie wprzęgania ich w służbę człowieka. Żaglowiec, wiatrak czy młyn wodny – to było posługiwanie, się siłami przyrody. Ale to było równocześnie uzależnianie się człowieka od ich nieobliczalności. Więc człowiek postanowił uniezależnić się od wiatru i wody. Parowiec gwiżdże sobie na wiatr. Gwiżdże z komina.

Młyn parowy uniezależniony jest od stanu wody na rzece i w ogóle rzeka nic go nie obchodzi. Maszyna parowa nie tylko jest uniezależniona, ale może walczyć z siłami przyrody, iść na przekór wiatrowi i na przekór wodzie. Tak samo motor spalinowy.

Tylko, że do poruszania maszyny parowej trzeba węgla, a do poruszania silnika spalinowego nafty, ropy lub benzyny. Tylko, że do zbudowania maszyny parowej trzeba wielkich fabryk, a te fabryki znów potrzebują innych fabryk i hut. Człowiek uniezależniwszy się od sił przyrody, uzależnił się od potrzeb maszyny. Musiał wejść pod ziemię, w kopalnie, musiał rozżarzyć piece hut, musiał stanąć przy taśmie automatycznej, Musiał skoncentrować pracę i kapitał. Musiał stworzyć ustrój koncentracji przemysłowej, który go ogłupił i wyzuł z człowieczeństwa.

Więc co? Wyrzec się wszystkich zdobyczy technicznych ustroju wielkoprzemysłowego, za które trzeba płacić tak wysoką cenę, i wrócić do żaglowca, wiatraczka, młynka wodnego i konika?

Odrobinę wyobraźni! Odrobinę wyobraźni i przypomnienia sobie, że nauczyliśmy się już po trosze używać siłę przyrody nieznaną dawnym czasom wiatrowo-wodnym: elektryczność. Odkryliśmy ją w czasach koncentracji przemysłowej, więc od razu oddaliśmy ją na usługi koncentracji, choć właśnie elektryczność z swojej istoty jest najbardziej zdekoncentrowana. Można ją mieć wszędzie. Wszędzie, gdzie się da ustawić turbinkę na wodzie, wszędzie, gdzie da się ustawić wiatraczek. Przy każdej chałupie wiejskiej, na każdym dachu miejskim. Nowe uzależnienie się od wiatru i wody? Nic podobnego. Tylko skorzystanie z nich i równoczesne uniezależnienie się od nich. Przez czas, kiedy wiatr wieje, a woda płynie, trzeba po prostu nałapać elektryczność na ten czas, kiedy nie będzie wiatru i siły wodnej. Niech się panowie technicy nie uśmiechają na użycie terminu ,,łapanie elektryczności”. Używam go zupełnie świadomie. Dziecinnie fantazjuję, jak w bajeczce o latającym dywanie. Że zaś moje dzieciństwo przypadło na czasy, kiedy się już coś niecoś wiedziało o elektryczności, więc wiem, że łapanie elektryczności nie jest rzeczą łatwą. Elektryczność już taka jest, że się nie da zakorkować. Trzeba ją od razu przekształcić w inną energię, np. w energię chemiczną, co jest zasadą akumulatorów. Ale to znów wymaga odpowiednich chemikaliów, więc w konsekwencji fabryk chemicznych, czyli nie kijem go, to pałką. A przecież myślę, że sprawa uwięzienia energii elektrycznej nie jest sprawą beznadziejną. I że właśnie technicy, gdy zaczną po swojemu nad tym dłubać, to wydłubią co trzeba.

I dlatego, ilekroć czytam w gazetach o nowym rekordzie, ustanowionym przez jakiś olbrzymi, parowy statek transatlantycki, nie umiem się tym entuzjazmować. Natomiast samotna wyprawa poprzez Atlantyk Allain Gerbaulta na łupince ,,Firecrest‘u” nie wydaje mi się wcale sportową zabawką, ale czynem o olbrzymim znaczeniu na przyszłość. Niech no tylko jakiś przyszły wynalazca ustawi na takim jachciku tajemniczy aparacik elektryczny, który podczas ciszy na morzu poruszać będzie stateczek energią, zdobytą w czasie pomyślnego wiatru! Tak samo dość obojętnie przyjmuję wiadomość o zbudowaniu nowego, sześciomotorowego samolotu. Wolę myśleć o jaskółczych, smukłych kształtach bezsilnikowych szybowców. Znów sportowa zabawka? A jeśli dodać takiemu szybowcowi ów niewynaleziony jeszcze motorek elektryczny przyszłości?

Niechby się tylko znalazł jakiś nowy Jules Verne, który by potrafił w tym kierunku rozpalić fantazję. Wtedy i zalanie kopalń i zniszczenie hut i rozwalenie całego wielkiego przemysłu, a z nim ustroju niewolnictwa kapitalistycznego, przestałoby się wydawać nieprawdopodobieństwem. Zwolennicy dzisiejszego ustroju nie mogliby już wtedy straszyć dorosłych dzieci powrotem do świeczki łojowej i wózka, zaprzężonego w konika. Do tego nie cofniemy się nigdy. Nowa technika – to musi być synteza zaprzęgania sił przyrody w służbę człowieka i uniezależnienia się od nich. To tylko umożliwi powstanie ustroju dekoncentracji technicznej, przywróci człowiekowi wolność i prawo do twórczości. Ziszczone w fantazji, musi się ziścić w rzeczywistości. Nie obawiajmy się bajki i utopii. To nieraz bardziej twórcze formy myślenia niż wszystkie inne.


Tekst pochodzi z książki Stanisław Piasecki - Prawo do twórczości


[1] Dnieprostroj (właśc. Dnieprzańska Elektrownia Wodna) – zbudowana w ramach industrializacji Związku Sowieckiego, w latach 1927-1932, na Dnieprze zapora, będąca w momencie powstania trzecią największą elektrownią wodną na świecie i największą w Europie. Jeden z najważniejszych projektów w komunistycznej propagandzie sukcesu gospodarczego. [redakcja]
[2] [łac.] „Trzeciej możliwości nie ma” [redakcja]

Inne publikacje autora Wszystkie artykuły