Stanisław Piasecki - Front sowiecki i front polski

Prasa polska wszystkich niemal odcieni politycznych rozbrzmiewa od kilku dni publicystycznymi okrzykami zgrozy z powodu lwowskiego zjazdu „w obronie kultury”, zorganizowanego przez tzw. „jednolity front” lewicy literackiej. Jak można było dopuścić do czegoś podobnego! Gdzie była policja? Kto udzielił pozwolenia na tę bolszewicką manifestację? Dokąd my idziemy?!

Nie umiałbym wznieść ani jednego z tych okrzyków przerażenia. Przede wszystkim dlatego, że nie wierzę w skuteczność represji policyjnych, które najczęściej prowadzą tylko do fabrykowania męczenników, a po wtóre dlatego, że zjazd lwowski wydaje mi się manifestacją niezmiernie pożyteczną dla uświadomienia opinii polskiej, czym jest w istocie ów „jednolity front” lewicowy. Komunizm w podziemiach, komunizm zatajony, komunizm nie mający możności wykrzyczenia swych haseł, komunizm otoczony legendą walki o prawa proletariatu i przebudowę społeczną, to zjawisko niepokojące, a dla wielu wydziedziczonych i zagubionych w chaosie czasów dzisiejszych – nawet pociągające. Komunizm jawny, ot taki, jak na owej akademii zjazdowiczów w teatrze lwowskim, traci natychmiast swą aureolę. Demaskuje się od razu. Okazuje się tym, czym jest: świadomym czy nieświadomym narzędziem imperializmu sowieckiego.

Okrzyk wzniesiony na akademii lwowskiej przez redaktora wileńskiego „Po prostu”, Henryka Dembińskiego: „Niech żyje Lwów, stolica Ukrainy!”, tego samego Dembińskiego, który w Wilnie prowadzi na łamach swego pisma robotę białoruską, a we Lwowie jednym okrzykiem gładko zrezygnował ze Lwowa dla Polaków, a z Kijowa dla Ukraińców – starczy za całą ideologię zjazdu, zakończonego odśpiewaniem sowieckiego hymnu państwowego „Międzynarodówki” i gromkimi pożegnaniami: „Spotkamy się w czerwonej Warszawie” (tym razem bez dodatku: stolicy Polski).


Ale ten okrzyk redaktora „Po prostu” nabiera dopiero właściwej treści, gdy go zestawić z listem otwartym do A. Struga, jaki w prasie ukraińskiej ogłosili przedstawiciele dwóch ukraińskich partii lewicowych: socjaldemokratycznej i socjalno-radykalnej, którzy odmówili wzięcia udziału w zjeździe:

„Potępiamy, piętnujemy i zwalczamy przejawy zdziczenia i wstecznictwa, bo jest to naszym obowiązkiem socjalistów.

Ale jednocześnie nie możemy zapominać o drugim obowiązku, który na nas ciąży. Jako socjaliści ukraińscy nie możemy zamykać oczu na to, co dzieje się w Związku Republik Rad. Tragiczna śmierć komisarza oświaty Skrypnyka i literata ukraińskiego Chwyljowego, wyroki śmierci na ukraińskich literatów – braci Kruszelnickich, Kosyńkę, Falkiwskiego, Włyśka i Skażyńśkiego, deportacje pracowników kultury, tej miary uczonych, literatów i poetów, jak prof. Hruszowskiego, Kruszelnickiego ­– ojca,
J. Baczyńskiego, prof. S. Rudnickiego, S. Wityka, Ostapa Wyszni, M. Irczana, prof. N. Czajkowskiego – i wielu, wielu innych – to zaprzeczenie kardynalnych podstaw swobody i kultury, jaki niósł, niesie i powinien nieść socjalizm.

A polityka językowa centralistycznej Moskwy z jej jafektyczną[1] teorią, zwróconą przede wszystkim przeciwko językowi i kulturze ukraińskiej – czyż nie jest to naigrawanie się z tych haseł, które ujarzmionym ludom nieśli bojownicy postępu i nowych praw ogólnoludzkich?

Nie wolno nam tego przemilczać, gdyż znaleźlibyśmy się w sprzeczności z naszym sumieniem socjalistycznym, z naszymi dotychczasowymi walkami, z istotną treścią tych ideałów, jakim służymy. Tylko biorąc pod uwagę ten stan rzeczy, moglibyśmy wziąć udział w zjeździe pracowników kultury. Niestety, nie dano nam tej możności. Czynimy to niniejszym pismem, które przesyłamy do rąk Pańskich z wyrazami prawdziwego poważania”.

Nie dano im możności... Na zjeździe „w obronie kultury”... O, tak, na tym zjeździe, do którego prezydium honorowego wybrano m. in. Maksyma Gorkiego, byłoby nietaktem mówić – o teorii jafetycznej.

Czym zaś jest owa teoria jafetyczna, można było świeżo się dowiedzieć z innego listu otwartego, wystosowanego do redakcji ,,Zetu” przez organizację „Prometeusz”, łączącą przedstawicieli narodów uciśnionych w ZSRR (Azerbejdżan, Karelia, Kaukaz północny, Krym, Don, Idel-Ural, Gruzja, Ingria, Korni, Kubań, Turkiestan, Ukraina). W liście tym czytamy:

„Rząd bolszewików moskiewskich wraca na całym obszarze ZSSR. do dawnej polityki rusyfikacyjnej caratu.

Za parawanem fikcyjnego istnienia republik narodowych, Moskwa, z niesłychaną brutalnością i natężeniem, korzystając z całego aparatu partyjnego i państwowego, przeprowadza bezwzględną rusyfikację.

Ostateczne cele polityki językowej bolszewików moskiewskich sformułował Stalin na XVI zjeździe WPK (b), oświadczając:

„Rozkwit kultur, posiadających formę narodową a treść socjalistyczną, w warunkach dyktatury proletariatu w jednym kraju dla zlania się tych kultur w jedną wspólną, socjalistyczną zarówno pod względem formy, jak i pod względem treści, kulturę z jednym wspólnym językiem, wówczas, gdy proletariat zwycięży na całym świecie, a socjalizm zostanie urzeczywistniony – na tym właśnie polega dialektyzm wysuniętego przez Lenina zagadnienia kultury narodowej”. Lecz wobec tego, iż wydarzenia lat ostatnich zachwiały wiarę bolszewików w ich zwycięstwo nad całym światem, bolszewicy przystąpili do realizacji innego zadania: unifikacji językowej w granicach ZSSR. W związku z tym język rosyjski jako język Lenina i Stalina, został ogłoszony językiem proletariatu i rewolucji październikowej.

Na zlanie języków narodów ZSSR. z językiem rosyjskim została nastawiona cała praca językoznawstwa bolszewickiego, które, w osobie swego ideologa Marra, wysunęło tzw. teorię jafetyczną. Teoria ta określa cele polityki językowej Moskwy w sposób bardzo wyraźny:

„...Pytanie: na czym polega istota teorii jafetycznej?

Odpowiedź: znaczenie tej teorii polega na tym, iż wychodząc z historyzmu okresów róźnostadialnych, a nawet wielostadialnych, teoria ta stworzyła naukę o języku, skonstruowaną według metody materializmu dialektycznego, wykazało jedność powstania form, które mają wraz z gospodarką, w wyniku walki i zwycięstwa proletariatu, przetworzyć się w jedność języka-myślenia z jednością gospodarki wszechświatowej” (Marr: „Jazyk i sowremionnośt”).

Według Marra:

„Zadaniem językoznawstwa współczesnego jest opanowanie techniki twórczości językowej celem ułatwienia i przyśpieszenia urzeczywistnianego obecnie procesu unifikacji językowej”. (Marr: „K proischożdeniju jazykow”).

Wielokrotne autorytatywne oświadczenia Stalina i nauka Marra nie zostawiają żadnych wątpliwości co do prawdziwego celu bolszewickiej polityki językowej. A zabiegi rusyfikacyjne na terenie Karelii, Ingermanlandii, Zyrjańszczyzny (Korni), Białorusi, Ukrainy, Krymu, Idel-Uralu, Kaukazu północnego, Gruzji, Azerbejdżanu, Turkiestanu i wśród wszystkich innych narodów ZSSR, oraz brutalne gwałty w stosunku do języków tych narodów świadczą, iż Moskwa, nie ogranicza się tylko do ucisku politycznego i ekonomicznego, a zamierza ponadto zatrzeć odrębność i samodzielność języków tych narodów”.

Powstająca w ZSRR „sowiecka nacja”, na której cześć wznosił w Moskwie dnia 1-go maja br.[2] okrzyk marszałek Woroszyłow, znajduje w teorii jafetycznej bardzo wygodnego konika. W granicach państwa sowieckiego: unifikować, rusyfikować, jafetyzować. U sąsiadów zaś: rozbijać, dzielić, rozproszkowywać. Aby tym łatwiej poddać wpływom imperializmu sowieckiego – a potem zjafetyzować, Dlatego: w Wilnie niech żyje Białoruś! I dlatego: we Lwowie niech żyje Ukraina! Tylko o tym, co się dzieje na Białorusi sowieckiej i na Ukrainie sowieckiej ani słowa. To już nie należy do... obrony kultury.


Pożyteczny więc wydaje mi się lwowski zjazd „pracowników kultury”, gdy z jednego choćby wzniesionego na nim okrzyku takie odsłaniają się perspektywy. Pożyteczny podwójnie. Pożyteczny na zewnątrz, bo jeszcze raz, dobitnie i wyraziście uprzytomnia i unaocznia, że komunizm – to po prostu imperializm sowiecki. Pożyteczny na wewnątrz tzw. „jednolitego frontu”, bo i tam musi wywołać otrzeźwienie wśród tej części pisarzy lewicowych, którzy w najlepszej nieraz intencji poszli na koncepcję jednolitofrontową, dopatrując się w niej konsolidacji radykalizmu społecznego w Polsce, podczas gdy rychło stali się – narzędziem nowej taktyki Kominternu i niczym więcej.

Niedużo na to trzeba było czasu. Zaledwie osiem miesięcy temu, bo w październiku 1935 r. ukazała się na łamach czterech literacko-społecznych pism lewicowych, a mianowicie ,,Lewaru”, „Lewego Toru”, „Nowej Wsi” i „Po prostu” wspólna deklaracja około czterdziestu pisarzy lewicowych (nie tak dawno wymyślających sobie od „socjalzdrajców”) zatytułowana „Za porozumieniem”. Czyim narzędziem staje się to „porozumienie” – już wiadomo.


Natomiast cementują i wzmacniają tzw. „jednolity front” ci wszyscy, którzy zamiast wykazywać jego sowieckie zaplecze, będące samo przez się najskuteczniejszą przeszkodą dla ofensywy w Polsce, wyolbrzymiają i przesadzają niebezpieczeństwo, zaliczając do jednolitofrontowców licho wie kogo, całą niemal lewicę, ba, cały ruch ludowy.

Odbywa się np. obecnie generalne tropienie pism komunistycznych i komunizujących. Z inicjatywą wystąpiło pierwsze Towarzystwo Księgami Kolejowych „Ruch” (posiadające faktyczny monopol kolportażu czasopism w Polsce), które wydało słynny już dziś okólnik zabraniający kolportowania swym sprzedawcom wydawnictw: „Chłopskie Jutro”, „Język Międzynarodowy”, „Kultura Wschodu”, „Lewar,” „Lewy Tor”, „Literatur” (żargonówka), „Oblicze dnia”, „Przekrój Tygodnia”. Okólnik ten, opublikowany przez dotkniętych nim[3], a następnie, jak się zdaje, uchylony (przynajmniej szereg pism w nim wymienionych można obecnie nabywać w kioskach, podlegających „Ruchowi”, bez przeszkód) stał się pierwszorzędną reklamą dla proskrybowanych tygodników. Dowiedziano się, że za jedne dwadzieścia groszy (o, bo te pisma są tanie!) można kupić legalnie w koszyku „komunistyczne” czasopismo, które dotąd dla szarego czytelnika było raczej mitem, czymś tajnym, podziemnym, niedostępnym. Gratka nie lada! Ale znów – nie ma się czego obawiać. Sama treść tych czasopism jest skuteczniejszą propagandą przeciw nim samym, niż wszelkie represje. Czytelnik może się bowiem na własne oczy przekonać z ich treści, że tzw. jednolity front polskiej lewicy jest raczej frontem sowieckim i prosemickim. Dwa tematy: zachwyty nad Sowietami i walka z antysemityzmem wypełniają szpalty pism jednolitofrontowych przede wszystkim.

Otóż z okazji owego zapoczątkowanego przez ,,Ruch” proskrybowania pism komunizujących, prasa codzienna na własną rękę zaczęła powiększać ich listę, dodając od siebie dalsze tytuły. Taka już mania wyolbrzymiania komunizmu w Polsce. Zaliczono więc gdzieś do pism jednolitofrontowych także i socjalistyczny „Tydzień Robotnika”. Żeby wzmocnić poczucie grozy.

Tymczasem w dwutygodniku rzeczywiście komunistycznym pt. „Informacje Prasowe”, wychodzącym w Paryżu i przemycanym do Polski, można było w numerze 6-tym z tego roku przeczytać taką informację:

„Tydzień Robotnika” rozwija nader szkodliwą działalność, czepiając się pewnych niefortunnych posunięć przy tworzeniu akademickiego frontu ludowego, by front ów rozbić – i zwalczając namiętnie współpracę z sanacyjnymi organizacjami studenckimi”.

Nie, nie cała znów lewica jest w „jednolitym froncie”, nie cała poszła pod komendę Kominternu. I tam są tarcia. Dobrze jest zdawać sobie sprawę z sił frontu sowieckiego w Polsce. Ale nie trzeba ich przeceniać i wyolbrzymiać.

Wzmianka komunistycznego czasopisma paryskiego o szkodliwej działalności „Tygodnia Robotnika”, polegającej na zwalczaniu współpracy z organizacjami... sanacyjnymi, rzuca pewne światło na najbardziej dla prasy omawiającej zjazd lwowski niezrozumiały szczegół tego kongresu obrony kultury… sowieckiej, a mianowicie łaskawy współudział w nim akademika Wincentego Rzymowskiego, czołowego publicysty sanacyjnego „Kuriera Porannego”.

Wzburzyło to zwłaszcza konserwatywnego publicystę, Ksawerego Pruszyńskiego, który dwukrotnie, w przeglądzie prasy na łamach „Czasu” i w artykule wstępnym na łamach wileńskiego „Słowa”, rozprawiał się z kameleońskimi obyczajami pana akademika literatury. Tak się jednak fatalnie złożyło, że niemal równocześnie z tymi doskonałymi i ciętymi uwagami o problemie dwustołkowości, sam ich autor znalazł się w pozycji nieco dwuznacznej: jego reportaż z podróży po Polsce ukazał się na tej samej stronicy „Wiadomości Literackich”, na której uczestnik zjazdu lwowskiego, poeta Broniewski, zamieścił całkowicie pozytywne sprawozdanie z tej imprezy...

Nie moim oczywiście jest zmartwieniem, co ma zrobić sanacja z lwowską ekskursją swego akademika. Fakt jest ciekawy i charakterystyczny z innego punktu widzenia: że panowie z „jednolitego frontu” siadują chętnie przy jednym stole z przedstawicielem obozu BB (Brześć i Berezy), a jako szkodników piętnują tych socjalistów, którzy w takim towarzystwie siadywać nie chcą.


Zagmatwane jest życie polityczne w Polsce. Bardzo zagmatwane. Że zaś w naturze ludzkiej leży skłonność do upraszczania sobie zjawisk, czyta się niejednokrotnie w prasie najnieprawdopodobniejsze brednie. Do takich szkodliwych bredni należy przede wszystkim kwalifikowanie radykalnego ruchu młodochłopskiego (myślę tu o jego części ludowcowej, stojącej poza obozem narodowym), jako ruchu „bolszewickiego”, zaliczanie go do obozu komunistycznego.

Wyda poeta góralski Nędza Kubiniec tom wierszy, w którym szukając herosa chłopskiego, zabałamuci się Szelą – już mu w „Ikacu[4]„ nawymyślają od bolszewików, choć w tymże tomie wierszy znajduje się znakomita rozprawa z sowiecką ideologią Czuchnowskiego z „Nowej Wsi”. („I stąd nie pójdę z bratem Bogumiłem...”). Przytrafią się jakieś lokalne zatargi wiciowców z klerem – już epitet „bolszewiki!” w robocie. Lada radykalniejszy artykuł w „Chłopskim Życiu Gospdoarczym”, „Młodej Myśli Ludowej”, czy „Zniczu” – już przez tępą prasę partyjną idzie podane hasło: ależ to czysty komunizm!

A tymczasem właśnie ludowcowy ruch młodochłopski w swojej głównej masie trzyma się zwarcie i odpornie wobec frontu sowieckiego w Polsce, Bardzo ostro odgranicza się od sowietyzmu w swych programowych broszurach „Agraryzm” i „Walka o nową Polskę” Stanisław Miłkowski. Boleje z tego powodu powstałe w Wilnie na miejsce zamkniętego „Po prostu” nowe pismo jednolitofrontowe „Karta”, utyskując w ostatnim numerze nad „niejasnym” stanowiskiem „centralnej grupy w Wiciach – agrarystów z Miłkowskim na czele”. Wyraźną linię demarkacyjną pomiędzy ruchem chłopskim a frontem sowieckim zakreśla stale najciekawsze czasopismo młodowiejskie „Młoda Myśl Ludowa”. Czasem któryś z młodych pisarzy chłopskich da się nabrać na podpisanie jakiejś drugorzędnej odezwy jednolitofrontowców – napór jest duży – i tyle.

Do frontu sowieckiego przymknęli od razu tylko exsanacyjni działacze wśród chłopów. Produkował się więc na zjeździć lwowskim były redaktor sanacyjnej „Wsi” i autor „Zmór” Emil Zegadłowicz, zgłosiła akces exsanacyjna grupa „Ugorów” Kubickiego. Natomiast „Wici”, „Znicz”, „Młoda Myśl Ludowa” – szły i idą po drodze własnej.

Jest to – droga przez wieś. Własnymi siłami porządkowana. Ludowcowy ruch młodowiejski zdecydowanie odgranicza się od frontu sowieckiego i równocześnie chce zachować niezależność od ruchu młodonarodowego, który mu się widzi zanadto inteligencki i szlachecki. Do szlachty zaś ma chłop nieufność zadawnioną, a dodajmy, historycznie aż nadto usprawiedliwioną. Młodzi ludowcy chcą przemyśleć i przepracować Polskę sami w sobie, bez opiekuństwa niczyjego. Można w tym widzieć masowość – ale raczej chyba trzeba w tym odczuć młodszość uspołecznienia warstwy, która ma ambicję odrobić zaległości kulturalne sama i po swojemu.

Nie trzeba się tego obawiać, jeśli się wierzy w naród. Więcej bowiem tam na wsi jest instynktów narodowych, nieuświadomionych może dostatecznie, ale mocnych, niż w kosmopolityzującej się inteligencji miejskiej. Droga przez wieś prowadzi tylko – do narodu. Nigdzie indziej.


Wyolbrzymianie rozmiarów akcji komunistycznej w Polsce, dopatrywanie się jej tam nawet, gdzie jej niema, nietrudno wytłumaczyć psychologicznie. To szukanie grozy jakiegoś wielkiego niebezpieczeństwa, aby móc rzucić jakże arcypolskie hasło – obrony. W tym wypadku obrony przed komunizmem.

Od kilku już wieków lubujemy się w hasłach defensywnych. Lubimy się bronić.

To bodaj przestawienie psychiki polskiej z ofensywnej w defensywną, które dokonało się na przełomie XVI-go i XVII-go wieku, wywołało upadek znaczenia Polski w świecie i w konsekwencji – rozbiory. Nie zdołały już przeniknąć w świadomość narodową słowa Kochanowskiego z zakończenia ,,Odprawy posłów greckich”:

Acz mi to słowa przykre i coś nie bez wróżki,
Na każdy rok nam każą radzić o obronie:
Ba, radźmy też o wojnie, nie wszytko się brońmy;
Radźmy, jak kogo bić: lepiej, niż go czekać.

Imperializmowi sowieckiemu i jego frontom wewnętrznym w Polsce – mamy teraz przeciwstawiać hasło... obrony przed imperializmem sowieckim. Przy takiej nierówności szans można tylko przegrać. Bo imperializmowi sowieckiemu przeciwstawić musi się nie negację, nie obronę, nie defensywę – ale program pozytywny, program imperializmu polskiej idei narodowej, kulturalnej, społecznej, gospodarczej. Program ofensywy.

Nie jesteśmy znów tacy ubodzy pod tym względem. Proszę nas nie straszyć rozrastaniem się frontu sowieckiego w Polsce. Front polski w Polsce jest, na szczęście, stokroć mocniejszy. Bije się w dzwony na trwogę i alarm, że mnożą się w Polsce czasopisma komunistyczne, że „jednolity front” zagarnia coraz to nowych pisarzy i coraz to nowe placówki kulturalne. (Ostatnio np. zgleichschaltowano jednolitofrontowo lwowskie „Sygnały”). To prawda. Ale trzeba widzieć równocześnie, że w ogóle lata ostatnie zaznaczyły się w Polsce wzmożonym ruchem czasopiśmienniczym, że w tym samym okresie, kiedy powstały pisma komunizujące, przeżuwające łykowaty marksizm i służące obcym interesom imperialistycznym – zaczęły w Polsce wychodzić niemniej liczne czasopisma ruchu młodonarodowego, że wyliczymy przykładowo: „Głos”, „Wielka Polska”, „Nowy Ład”, „Ruch Młodych”, „Prosto z Mostu”. Że obok tych pism, wypracowujących nowoczesną myśl polską w wszelkich dziedzinach życia, rozwinęło się równocześnie czasopiśmiennictwo katolickie, pogłębiające zagadnienia religijne („Ruch Katolicki”, „Pax”, „Verbum”, „Młodzież Katolicka”; „Przegląd Katolicki”, „Kultura”),

Prawda: pisma te i grupujący się koło nich pisarze, zbyt mało, w porównaniu zhałaśliwością pisarzy jednolitofrontowych, zwracali uwagę na konieczność propagandy zewnętrznej swych przemyśleń, na konieczność wystąpień zbiorowych, porozumienia, wspólnoty akcji. I także to prawda, że na skutek tego niedociągnięcia mogła hulać bezkarnie demagogia jednolitofrontowa, przedstawiająca ruch narodowy w Polsce jako kołtuństwo i religianctwo. Że antykapitalistyczne tendencje ruchu młodonarodowego, jego idea stworzenia narodu bezstanowego, rządzącego się w ustroju hierarchii obowiązków i sprawiedliwości społecznej, że przeciwstawianie tępocie jednostronnie materialistycznego poglądu na świat poglądu religijnego, że poczucie odpowiedzialności za misję dziejową Polski w środkowej Europie, że wszystko to – omawiane i dyskutowane na łamach pism— udało się chwilowo tamtym zakrzyczeć. Ale to tylko krzyk. I taki krzyk, od którego się szybko chrypnie.


Tekst pochodzi z książki Stanisław Piasecki - Prawo do twórczości


[1] (właśc.) Teoria jafetycka (pozostawiono oryginalną formę zapisu w tekście) – teoria językowa stworzona przez Nikołaja Jakolwiecza Marra, radzieckiego archeologa i językoznawcę. Zakładała istnienie jednej wspólnej grupy językowej, obejmującej praktycznie wszystkie języki europejskie i bliskowschodnie, niebędące językami indoeuropejskimi lub semickimi (języki kaukaskie, afroazjatyckie oraz język baskijski). Zdaniem Marra języki jafetyckie były powszechnie stosowane w Europie przed pojawieniem się języków Indoeuropejskich. Echa tej wspólnej przeszłości miały mieć wydźwięk w podobieństwach pomiędzy językami warstw ludowych różnych krajów (z których wyłonił się m.in. język ukraiński), oraz różnicach pomiędzy językiem warstw ludowych a stosowanym przez burżuazję. [redakcja]
[2] 1936 r.
[3] Rzecz przy tym ciekawa dla tych, którzy by przypuszczali, że praca redakcyjna w czasopismach skrajnie lewicowych prowadzona jest w niezwykle ciężkich warunkach materialnych. Na walnym zebraniu Związku Zawodowego Literatów jeden z mówców, zgłaszających wniosek z protestem przeciwko okólnikowi „Ruchu”, uzasadniał to tym, że okólnik ów pozbawia jego kolegów możności zarobkowania.
[4] Ilustrowany Kurier Codzienny [redakcja]

Inne publikacje autora Wszystkie artykuły