Stanisław Piasecki - Cook, Pontus de la Gardie i "Było tak"

Przeczytałem książkę Juliana Wołoszynowskiego „Było tak”. Poczytuję sobie przeto za obowiązek poinformować tych wszystkich, którzy jej nie czytali, a wypowiadają o niej przy kawiarnianych stolikach apodyktyczne sądy, zaczerpnięte z głośnej polemiki prasowej, że nie jest to bynajmniej biografia znakomitego podróżnika angielskiego James‘a Cooka (1728–1779), ani nawet, że ten Cook nie jest postacią epizodyczną, występującą w książce. Czy go Wołoszynowski poplątał, czy nie poplątał z znakomitym pionierem turystyki Thomasem Cookiem (1808–1892), od którego z tych Cooków wzięły swą nazwę wagony Cooka, czy takie wagony w ogóle istnieją, czy też raczej istnieją tylko wagony Międzynarodowego Towarzystwa Wagonów Sypialnych, których bilety sprzedaje warszawska firma Wagons-Lits-Cook, będąca przedstawicielstwem biura podróży Cooka i wzmiankowanego Towarzystwa Wagonów Sypialnych – to doprawdy jest najcałkowiciej obojętne zarówno jako „zagadnienie” jak i dla oceny krytycznej książki Wołoszynowskiego.

A tymczasem, ilekroć zdarzyło mi się ostatnio rozmawiać o „Było tak” – każdy aplikował mi tego Cooka. „Czytał pan książkę?” „Nie”. Ale o Cooku wie. Że pomieszane są dwa Cooki i że to wsypa. Tak stojało napisane w polemice.

Dodajmy, w najbezsensowniejszej polemice, jaka kiedykolwiek toczyła się wokół jakiejkolwiek książki. Ale zarazem też w polemice niesłychanie symptomatycznej dla stosunków literackich w kochanej Warszawce.


Niezmiernie mi przykro, po prostu osobiście mi przykro, że winowajcą tego ponurego bezsensu jest świetny krytyk K.W. Zawodziński, jeden z niewielu doprawdy krytyków naszych z prawdziwego zdarzenia. Staram się wyrozumieć, jak to się mogło stać, że właśnie on, który tyle swym piórem zdziałał dla podniesienia poziomu ubożuchnej polskiej krytyki literackiej, mógł zejść tak nisko, dać najsmakowitszy żer kawiarnianej plocie, zastosować w ocenie zjawiska literackiego kryteria tak bezprzykładnie... ułatwione.

Cenię wysoko w pisarzu temperament; rozumiem, że krytyk temperamentowy i krwisty miewa swoje irracjonalne fobie (z własnej skromnej praktyki wiem, jak je nieraz trudno w sobie okiełznać); domyślam się, że jedną z takich fobia krytycznych Zawodzińskiego jest twórczość Wołoszynowskiego: niczym innym nie umiałbym sobie wytłumaczyć pasji, z jaką zabrał się w „Pionie” do zdzierania skalpu z głowy autora świetnego „Roku 1863”. Ale właśnie ta fobia nakazywałaby raczej zastosowanie poważniejszej metody unicestwiania przeciwnika niż wynotowanie z książki „Było tak” kilkudziesięciu fakcików, mogących mniej lub bardziej uchodzić za nieścisłości historyczne. Jedne są nimi w istocie, inne nie i łatwo zarzuty sparować. Jednych umiał Zawodziński dowieść przekonywająco, w innych zaplątał się, odsłaniając własne krótkowidztwo (nie dostrzegając np., że w usta Mieszka I-go wkłada Wołoszynowski, celowo oczywiście, słowa Piłsudskiego). Tworzy się w ten sposób gąszcz polemiki nieprzebyty; na placu zostaje, utrwala się w świadomości czytelników, jeden James Cook i dodatkowe fachowe wyjaśnienia znawców wagonów sypialnych. James Cook – naprzeciw książki o... historii Polski...


„Było tak” to nowa, a tyle mająca w naszej literaturze wielkich tradycji, próba poetyckiego ujęcia dziejów Polski. Można od razu wnieść spór zasadniczy, czy poetycka koncepcja jest w ogóle przeprowadzalna w prozie. Można przytaczać przykłady, że nie powiodło się to już Żeromskiemu („Duma o hetmanie”, „Wiatr od morza”). Można... po co mnożyć przykłady... dużo można. Ale nie sposób utworu poetyckiego atakować z rejestrem wynotowanych drobiaźdźków historycznych w ręku. Nawet, gdyby książka Wołoszynowskiego była historią Polski w dosłownym tego słowa znaczeniu, to i wówczas, na te zarzuty, które postawił Zawodziński mogło być najwyżej miejsce w petitowym dopisku, tak jak sobie nawzajem prostują historycy pomyłki i niedopatrzenia w dziełach naukowych.

Cóż dopiero mówić, gdy idzie o utwór literacki! Dla potomnych dłubaczy bardzo to wdzięczne zadanie. W przypiskach do szkolnych wydań „Pana Tadeusza” czy „Kordiana” niejedną taką znaleźć można uwagę: „Tu poetę zawodzi pamięć, bo...” itd. Rejestr ścisłości i nieścisłości historycznych w utworach literackich stanowić może nawet przedmiot bardzo pożytecznego studium. Świeżo w księdze pamiątkowej, wydanej ku czci prof. Ignacego Chrzanowskiego, przeczytałem interesującą rozprawkę p. Juliusza Kijasa pt. „Źródła historyczne Potopu Sienkiewicza”. Sumienny badacz, oddawszy hołd wiedzy historycznej autora Trylogii i jego oczytaniu w źródłach, wyliczywszy punkt za punktem co na czym jest oparte i jak dalece historycznie wierne, nie zaniedbał również gwoli ścisłości wyliczyć wszystkich świadomych przeinaczeń prawdy i nieświadomych potknięć.

Tak więc chorążemu orszańskiemu Kmicicowi wcale nie było na imię Andrzej, tylko Samuel. Bitwa pod Szkłowem, opisana przez Sienkiewicza jako klęska, w rzeczywistości była zwycięstwem. Na początku rozdziału I. zamiast daty 1652, powinna być data 1655, Nazwisko rotmistrza, prowadzącego pułk piechoty łanowej winno brzmieć Kwilecki, a nie Koślecki. Zamiast Słupski (I, 124) powinno być Słupecki. Bitwa pod Widawą była zwycięstwem, a nie klęską. Bogusław Radziwiłł pojedynkował się z p. de Trimouille, a nie z panem de Fremouille. Lisola nie mógł do króla szwedzkiego jechać przez Częstochowę, bo jechał ze Szczecina przez Warszawę do Torunia, gdzie był przyjęty na audiencji. Prowincjał Paulinów nazywał się Bronowski, a nie Broniewski. Muller przybył pod Częstochowę 18 listopada, a nie 28 listopada. Nad królem, opuszczającym Warszawę, unosił się ptak biały, nie czarny. Na Pilicy pod Warką, most, który u Sienkiewicza atakuje Wąsowicz, był zerwany. Itd., itd., itd. – nie wyłączając spraw, które bardziej już mogą zmartwić miłośników Sienkiewicza: oto np. pan Zagłoba nie mógł mieć w Warszawie przygody z małpami, gdyż zwierzyniec znajdował się w pałacu Radziejowskich w Radziejowicach, 6 mil za Warszawą. A są i przeinaczenia, czy pomyłki znacznie poważniejsze: Sienkiewicz ani słowem nie wspomina przy oblężeniu Częstochowy, że cudowny obraz został jeszcze przed nadciągnięciem Szwedów wywieziony z Jasnej Góry i ukryty w bezpiecznym miejscu. Przez cały czas oblężenia nie było go w klasztorze.

A pamiętacie z ,,Potopu” pięknie brzmiące nazwisko: Pontus de la Gardie? Ten Pontus nie był wcale Pontus, tylko Magnus.

Więc proszę sobie teraz wyobrazić, że któryś z krytyków, współczesnych Sienkiewiczowi, po ukazaniu się „Potopu”, nie zadając sobie fatygi omówienia tego, co w powieści istotne, występuje z tą litanią, zarzucając autorowi, że „puszcza się na brylowanie informacjami, których nie posiada”, Pontus de la Gardie mógł znakomicie odegrać rolę Cooka w przypadku Wołoszynowskiego...


Szperactwo i wydłubywanie nieścisłości jest zaraźliwe. Bo to i wdzięczne, i satysfakcjonujące. Przyjemnie jest popisać się erudycją historyczną. Toteż każdy z krytyków, omawiających książkę Wołoszynowskiego po Zawodzińskim, nie zaniedbał dorzucić od siebie jakiegoś odkrycia. Przyznam się szczerze, że i mnie, gdym czytał „Było tak”, brała chętka wstąpienia na tę utartą drogę. W szczególności wystąpić chciałem w obronie Anny Cylejskiej, drugiej żony Władysława Jagiełły, której brzydota tyle kłopotów przysporzyła panom polskim, swatającym wnuczkę Kazimierza Wielkiego królowi, co zresztą nie przeszkodziło im wcale później, już jako królowej, oskarżyć o miłostki z Jakóbem z Kobylan. Według Wołoszynowskiego, Anna Cylejska (której interesujący życiorys przynosi ostatni zeszyt „Polskiego Słownika Biograficznego”), byłaby mitem, bo Kazimierz Wielki był bezpłodny. „Dziewczęta od niego nie rodzą, choć próbował zapładniać je”. A tymczasem Kazimierz Wielki, o którym kronikarz współczesny Janko z Czarnkowa pisze, że „był w sobie lubieżny jako mąż wysokiego rodu i hojnie od natury uposażony”, stosownie do hojnego uposażenia natury, potomstwo zostawił po sobie duże. Nie zostawił tylko legalnego potomstwa męskiego. Z pierwszej żony, Aldony Giedyminówny, miał dwie córki: Elżbietę i Kunegundę. Elżbieta, wydana za Bogusława pomorskiego, miała syna Kaźka (szczecińskiego); Kazimierz Wielki nosił się nawet pod koniec życia z zamiarem przekazania na wnuka dziedzictwa i w tym celu adoptował go. Z drugą żoną, Adelajdą heską, król dzieci istotnie nie miał; ale też miał do niej wstręt fizyczny i trzymał ją z dala od siebie w Żarnowcu. W tym jednak czasie miał trzech synów nieślubnych z kasztelanką sieciechowską, Cudką: Pełkę, Niemierzę i Jana. Ustala to Balzer w „Genealogii Piastów”, wbrew Długoszowi, który widzi w nich raczej synów króla z Esterki, a podaje także informację, że król miał z Esterką kilka córek, które pozostały w wierze żydowskiej. Z kasztelanką Cudką rozstał się król, gdy w Pradze poznał wdowę po mieszczaninie praskim, Krystynę Rokiczańską; według Balzera, wziął z nią nawet formalny ślub, nie oglądając się na ważność małżeństwa z Adelajdą. Z Krystyną dzieci, zdaje się, nie miał i szybko się z nią, dlatego rozstał, po czym jeszcze za życia Adelajdy, ożenił się powtórnie z Jadwigą żagańsko-głogowską, z którą miał dwie córki. Niemało było kłopotu z ich legitymacją u papieża Urbana V. Jedna z tych córek, Anna, wydana za Wilhelma hrabiego Cyllei, dała życie Annie Cylejskiej, późniejszej żonie Jagiełły.

Bardzo się cieszę, że Wołoszynowski nie czytał zeszytów „Słownika Biograficznego”, obejmujących literę „A”, nie szperał po kronikach Janka z Czarnkowa i Długosza, ani ich nie konfrontował z „Genealogią” Balzera. Byłoby mu to zepsuło artystycznie jeden z najwspanialszych rozdziałów książki: wstrząsający opis tragedii bezpotomności Kazimierza Wielkiego. Bezpotomność Kazimierza jest u Wołoszynowskiego jakby karą za rozrzutną młodość, roztrwonioną w przelotnych uciechach. Tragedia króla, który nie zostawia dziedzica tronu – i tragedia człowieka, na którym kończy się życie bezpotomne:

„Rękoma zasłoniwszy oczy, siedział nad wielką księgą statutu wiślickiego i czytał w swojej głowie nie jego paragrafy napisane, lecz te nienapisane paragrafy uczuć, w jakich zawiera się tęsknota męska za swą przyszłą krwią i za swym, mającym zginąć bez ciągu dalszego, widomym ciałem:

– Żyję. Jeszcze żyję. Kiedy umrę, pochowają mnie. Zgniję, stanę się potem proch; potem mnie wiatr rozwieje. Składam się z kawałeczków materii, które się mnożą – z obiegu krwi, która żywi. Chcieć z siebie dać je i nie móc. Wiedzieć o swojej śmierci, do ostatniego włókna ciała, do ostatniej odrobiny krwi – jeszcze za życia. O, co za rozpacz niepocieszona…”.
Gdyby te zdania przejmujące wypadło skorygować autorowi ograniczeniem ich do bezpotomności w linii męskiej tylko, jakżeby zwiotczały artystycznie! A i tzw. prawda historyczna niewiele by na tym zyskała. Ta prawda historyczna, o jaką chodziło Wołoszynowskiemu w „Było tak” – prawda legendy.

Trzeba bowiem chyba zupełnie nie chcieć wniknąć w oczywiste intencje autora, żeby nie dostrzec, że historia Polski w „Było tak” – jest historią tego tylko, co żyje w legendzie, co utrwaliło się w powszednich poglądach ogółu. Stąd zabawne są wszystkie pretensje do Wołoszynowskiego, że nie próbował zająć rewizjonistycznego stanowiska wobec historii, kiedy widoczna jest jego ostrożność w wprowadzaniu na karty książki nawet tych rewizji historycznych, które zdobyły sobie częściowe prawo obywatelstwa w potocznych sądach o historii. Z przedstawienia sprawy Bolesława Śmiałego i św. Stanisława widać, że Wołoszynowskiemu nieobce są wyniki badań Wojciechowskiego – a przecież idzie raczej w opowieści za poetą Wyspiańskim, niż za historykiem Wojciechowskim. Jak w legendzie: Bolesław wpada do kościoła i podczas nabożeństwa, przy ołtarzu, sam zabija biskupa.

Tak samo z Kazimierzem Wielkim. W legendzie – jest to król, który nie zostawił syna, umarł bezpotomnie. Wnuk po kądzieli Kaźko nie objął tronu; zostawiono mu tylko jako lenno ziemię dobrzyńską. O córkach królewskich z Jadwigi nawet współcześni zapomnieli rychło. Następca Kazimierza Wielkiego, syn Elżbiety Łokietkówny, Ludwik Węgierski, wywiózł je spiesznie zagranicę, aby nie krzyżowały jego planów w następstwie tronu. Potem Annę wydano za mąż do dalekiej Cyllei. O jej córce, księżniczce z krwi piastowskiej, wnuczce Kazimierza Wielkiego, przypomniano sobie w Polsce dopiero wtedy, gdy po śmierci Jadwigi trzeba było umocnić Jagiełłę na tronie polskim małżeństwem z Piastówną. Cóż ten epizod znaczy dziś w legendzie, kiedy i wtedy znaczył niewiele: córka Jagiełły i Anny zmarła młodo, zmarła i Anna, a król jeszcze dwa razy się żenił, nim zostawił dziedzica.

Kazimierz Wielki Wołoszynowskiego w swym tragizmie bezpłodności i bezpotomności prawdziwszy jest artystycznie, prawdziwszy naszemu odczuciu legendy, niż ten historyczny z wnukiem Kaźkiem, z licznym potomstwem nieślubnym i dwiema córkami z Jadwigi, legitymowanymi wśród kłopotów w Rzymie, z czego i tak nic historycznie ważnego nie wynikło.


Na tym przykładzie najlepiej się może uwidocznia, jak pozbawione wszelkiego sensu byłoby ocenianie książki Wołoszynowskiego z punktu widzenia jej ścisłości historycznej i erudycji historycznej autora. Trzeba tu zastosować kryteria całkiem inne: kryteria literackie.

Pod tym względem „Było tak” jest książką, której parantele łatwo wyznaczyć. Nie darmo Wołoszynowski napisał powieść o Słowackim. Słowackiego „Król Duch” zainspirował Wołoszynowskiego w wewnętrznej koncepcji książki – jej zaś forma jest unowocześnieniem prozy poetyckiej Żeromskiego. Nie są to bynajmniej uwagi wpływologiczne ani umniejszające pozycję „Było tak” w współczesności literackiej. Przeciwnie. Fakt, że książka posiada rodzimy rodowód, jest raczej dowodem jej organicznego zrośnięcia z piśmiennictwem; a bez tego nie może być mowy o dojrzałości pisarskiej dzieła.

W rodowodach literackich obserwujemy zazwyczaj (choć nie zawsze) zjawisko przeskakiwania cech dziedzicznych o jedno pokolenie, o jeden okres literacki. Nowy okres w literaturze powstaje najczęściej w opozycji przeciwko okresowi co dopiero minionemu, a w nawiązaniu do poprzedniego. Z dalszej perspektywy dopiero widać ciągłość; różnice, wynikłe z opozycyjności wobec siebie okresów literackich, zacierają się. Dla współczesnych jednak, utwór literacki, który wyłamuje się z zwyczajnego rytmu, utwór, w którym wyczuwa się ciągłość bezpośrednią z okresem co dopiero zakończonym, nabiera cech epigonizmu. Tak jest z książką Wołoszynowskiego.

A tymczasem, ta młodopolskość prozy Wołoszynowskiego nie jest wcale tak bardzo epigońska, jakby się wydawać mogło. Gdy niektóre karty „Wiatru od morza” Żeromskiego, czy „Żywych kamieni” Berenta, którymi tyle się niegdyś zachwycano, dla nas, nawykłych do rzeczowej, klarownej prozy nowoczesnej, stały się po prostu nieczytelne – Wołoszynowski umie swemu młodopolskiemu językowi nadać powab nowoczesności. Jego metaforyka ma w sobie świeżość, jest przezwyciężeniem trudności dla pisarzy z poprzedniego pokolenia niepokonalnych. Jego proza jest znowu – czytelna.

Natomiast, jak prozie poetyckiej w ogóle, brak jej możliwości kompozycyjnych w większych całościach. Taką prozę najchętniej smakuje się po kawałeczku. W utworach dłuższych (nawet w „Anhellim” nawet w „Dumie o hetmanie”) staje się monotonna i nużąca. W bogatej ornamentyce zatracają się węzły kompozycyjne. Wołoszynowski próbuje sobie z tym radzić przez założenie formalne: każdy rozdział książki zaczyna się końcowym zdaniem rozdziału poprzedniego. Daje to pewien efekt muzyczny – ale zarazem, niestety, efekt sztuczki.

Toteż z książki Wołoszynowskiego utrwalają się raczej w pamięci poszczególne obrazy, te zawarte pomiędzy klamrami niż pozostaje wrażenie epickości tematu. Epopeja dziejów Polski postrzępiła się na liryczne fragmenty. Dodajmy od razu: fragmenty przedziwnie wyczute w nastroju. Często: małe arcydziełka.

Bo Wołoszynowski, tak jak w „Roku 1863”, tak i w swej nowej książce jest mistrzem nastroju. Od niesamowitego „Snu Słowianina”, którym zaczyna się książka, do ostatniej karty, umie Wołoszynowski przedziwnie wczuwać się w nastroje chwil opisywanych i zbliżać je dzisiejszości. Kilkoma zdaniami naszkicuje scenę, która na zawsze zostaje w pamięci. To Kazimierz Wielki w rozmyślaniach nad statutem wiślickim, to jesienna miłość Kazimierza Jagiellończyka do Elżbiety, to Zygmunt August za czerwonym karawanem Barbary, to Sobieski pod Wiedniem, to Stanisław August przed lustrem. Lub te opisy kilkuwierszowe, a tak w treść bogate, jak to średniowiecze przechodziło w renesans, jak Ukraina budziła się burzą kozacką, jak barok upowietrzniał się w rokoko. Ale mniej już przemawia Wołoszynowski do czytelnika albo wcale nie przemawia wtedy, gdy pośpiesznymi rzutami pióra przebiega duże okresy dziejów, rejestruje nazwiska i fakty, zsynchronizowane (nie bez pewnej szablonowości) z takimiż nazwiskami i faktami zagranicznymi. Brak tym podróżom wzdłuż i wszerz historii wyczucia epickiego.


Najważniejszym jednak zagadnieniem, gdy mowa o książce, obrazującej dzieje Polski, jest oczywiście— koncepcja historii, jaką dał pisarz. Koncepcja Wołoszynowskiego zrodziła się, jak się już powiedziało, z „Króla Ducha” Słowackiego. Ale jest to koncepcja bardzo odmienna. Nie duch narodu wciela się w wielkie jednostki wodzów, ale przeciwnie, naród jest miazgą, którą wielcy tego świata ugniatają dowoli:

„Starzy umierają. Młodzi się rodzą. To wszystko są fale zmienne. Jak przypływy, odpływy mórz. Jak przybory wiosenne rzek, a potem susze letnie – lody zim, złoto i czerwień jesieni. – Nie pytać o to. – Wszystko mija, minie. Ludzie prości tylko się kładą w ziemię i zasypiają snem prochów – inni, wielcy udają tylko śmierć, nie umierają nigdy – pamięta się ich jak baśń, jak straszną, czarowną baśń wspomnienia – z imionami ich wiąże się świat! – Oni jeżdżą gdzie chcą, zmieniają ziemię jak chcą, zmieniają ludzi jak wolą. Są baśnią o wszystkich możliwościach”.

Takich wielkich wodzów uwypukla Wołoszynowski na kartach swej książki kilku. I wszystkich ich, aby zbliżyć do współczesności, widzi i ukazuje poprzez postać Piłsudskiego. Już na samym początku książki, opisując śmierć Mieszka, wkłada Wołoszynowski w usta staremu księciu słowa Piłsudskiego:

„– Synu, trzymaj mocno, nie popuść. – Bolesław trzyma rękę umierającego ojca, po jego zdrowej młodej twarzy, opalonej czerstwo, ciekną łzy.

– Dobrze, tato – powiada.

– Wszystko zrozumieć, niczego nie przebaczyć – mówi Mieszko”.

Wiarę w przemożną, decydującą rolę wielkiej jednostki w życiu narodu najdobitniej podkreśla Wołoszynowski w opisie śmierci Chrobrego:

„– Śmierć dziwnymi chodzi drogami – myślał koronowany Chrobry umierając. – Wszystko niszczy... Trzeba ciągle zaczynać od początku... Gdzież może powstawać ciągłość, gdy człowiek jest wszystkim, a nic nad niego nie trwalsze? Czyż są silniejsze siły nad człowieka, które by przetrwały jego życie. Nie ma ich – nie znam ich. Gdzież są one? W kim, w czym, gdy wszystko kończy się z jednym człowiekiem? Czy można przekazać swoje życie innym, swoje siły innym. Sami muszą zaczynać na nowo. Nie widzę nic, co by mnie prowadziło do tego. Gdzież jest eliksir wiecznego życia? Czemu nie wynaleziony? Czyż tak samo nie dzieje się z innymi, jak teraz ze mną? Kto ich poprowadzi do tego, co ja im ukazałem? Jestem sam, sam jeden na cały kraj – jak źle, jak ciężko, jak to wszystko we mnie zapatrzone, mnie zgadujące z oka, z poruszenia warg – jak to wszystko ślepe i jeszcze szczeniowate, – bydło, które trzeba pędzić batem na pastwisko. Paść się umieją – to, ich całe życie. Byłem pastuch bydłu – co mi zostało: matka – ziemia moja, ona dla mnie była wszystko”.

Pozorna jest sprzeczność tych rozmyślań przypisanych przez Wołoszynowskiego Chrobremu z zacytowanymi wyżej słowami o wielkich, którzy udają śmierć i nie umierają nigdy. Wynika tylko z różnych kątów patrzenia: tam autor mówił od siebie o wielkich, tu stara się oddać myśli wielkich o sobie. Sens pozostaje ten sam: wielkość jednostki – i małość zbiorowości. Pastuch i bydło.

Toteż Wołoszynowskiego mało obchodzą wielkie ruchy społeczne czy prądy filozoficzne, nurtujące dzieje. Ledwie o nich wspomina. (Raz tylko na początku książki obalenie Popiela przez rewolucję piastowską zdaje się mieć podkład społeczny). Interesuje go przede wszystkim psychika wielkości, technika woli ludzkiej. Pisząc o Łokietku, doda:

„Temu, kto zawziął się zwyciężyć i zwyciężył, najdroższe są wspomnienia tamtego zawzięcia się, a nie owego już zwycięstwa. Człowiek walczy ze światem, ale więcej ze sobą – taki co zwyciężać musi”.

I takie przedstawi czytelnikowi rozmyślania Łokietka:

„– Gdzie zatrzymuje się myśl, a zaczyna się dziać działanie? Czy kiedy pisałem na ścianie groty (ojcowskiej) w skale swoje litery królewskie – i układałem moje własne państwo – byłem już tym, czym jestem? Czy dopiero teraz? A są przecież na świecie poeci, którzy tylko tym żyją i tym umierają, że piszą swe światy duszy – i to jest ich jedno działanie? Czy każdy jest najprzód poeta – a potem dopiero człowiek?”.

(Ten sam motyw wodza-poety powtarza Wołoszynowski przy Sobieskim: „Prowadzić bitwy – to pisać wiersze”).

Skonkretyzowanie w wnioski dla Polski tych wszystkich przesłanek myślowych o roli wielkiej jednostki zawarł Wołoszynowski w rozmowach Batorego z Zamoyskim:

„– Z kim się dzielić władzą? – mówił król – władzę się bierze, a kto ją weźmie, ten nie może już puszczać. Nie wolno tylko przegrywać. Polacy są anarchistycznym plemieniem. Trzeba ich uczyć dyscypliny. Cara im trzeba, satrapy. Nam nie wolno cofać się przed zabijaniem, bo my tworzymy zwycięstwa, a nie wypadkowe zdobycze, średnie fakty. Trzeba, żeby zrozumieli, że od liberalizmów swych, leniwych właściwie i niezdarnych, prowadzić ich będę do siły, która im przecie zostanie, a nie mnie. Na diabła mi ona, jeśliby nie to, że ja ich uczę. Chcę, żeby byli silni, żeby ten naród i kraj, to państwo przeze mnie robione z miękkiej gliny jeszcze, było silne – swoboda dopiero w sile. To tak, jak z jednym człowiekiem, nie ma zębów wilczych, zjedzą go”.

Rozmowa toczy się dalej o wojsku, o konieczności szerokiego oparcia Polski o morze, o ziemiach na północy. Mówi Batory:

„– Musimy w tym miejscu mieć uzbrojone plecy. Stąd musi się rozciągać wielkość Polski jako koncepcji politycznej w Europie. To są dzisiejsze czasy, ale one wybiegają daleko, w czasy przyszłe. Trzeba skończyć bajkę o polskiej nieumiejętności rządzenia się u siebie, wykrzesać iskry z tych podków, które są ciężkie i silne i z animuszem umierać umiejące”.

Że Wołoszynowski, pisząc te słowa, miał na myśli raczej aktualność, niż czasy batorowe – to jest oczywiste: Polska ówczesna, Polska, która co dopiero przeżyła okres swojej największej świetności za Jagiellonów, nie mogła słynąć w Europie bajką o nieumiejętności rządzenia się u siebie. Wróćmy jednak do przerwanej rozmowy. Mówi Zamoyski:

„– Polska zawsze była rycerstwem, lecz jej często brakowało wodzów. To był zawsze rycerski zakon, któremu potrzebny był wielki mistrz z ręką jak miecz... Trzeba… nauczyć nas regularności w walce, nie słomianego ognia – uporu wytrwania.

Król przerwał:

– Spróbuję tego uczyć, choćby okrutnymi batami...

Zamoyski powiedział na to:

– Ojcowskie prawo chłostać dyscypliną i przygadywać za co – dla nauki – ojcowskie prawo twarde, a wiodące do celu najskuteczniej – niedorosłe do czystych słów i dojrzałych obejmowań świata – pokolenie”.

Do tego samego tematu powraca jeszcze Wołoszynowski, kreśląc rozmyślania przedśmiertne Batorego:

„– Jak z wilkami – bredził król – biłem się z nimi. Oczy ich na mnie patrzyły z trwogą i z nienawiścią zarazem. Mówili pewno – z wilków oswoić chcę sobie psy. Idioci, czyli nierozgarnięci, nieuczeni. Na sejmach – pilnowali więcej swych futorów, niż ojcowizny swej wspólnej. Zostawiam ich w mroku”.

A teraz, na zakończenie tych przydługich, ale koniecznych cytat z książki, jeszcze jedna, już ostatnia: Piłsudski opowiada o swych rozmyślaniach, jeszcze przed wojną, w Ostendzie:

„– Chodzę nad tym czystym morzem i dumam. Pomyślałby kto, że to durny chodzi po brzegu samotnik, który coś laską wypracowuje na mokrym piasku. W tym była taka nauka: Jesteście młodzi i zdrowi, to najważniejsze. Kocham was, a będę bił, gdy będzie trzeba. Wtedy, nad morzem, na piasku, rysowałem sobie plan działania. Bądźcie spokojni. Wszystko obliczone. Tam na piasku rysowałem sobie was i krzyżyki nad wami. Na tych krzyżykach mądrze ustawiłem karty fałszowane całej Europy – i potrafię je pofałszować w słowniku historii. Miła ojczyzna nasza – to ta ziemia, nie ludzie; wy nie ludzie zaś, a ta ziemia dla mnie i dlatego mam dla was uczucie pługa, krającego ziemię; wy dla mnie święty gnój tej ziemi, smarkaci strzelcy wąsatego już Strzelca”.

Trzeba było obszernie przytoczyć najbardziej dla koncepcji dziejowej Wołoszynowskiego charakterystyczne wyjątki z „Było tak”, aby móc rozpatrzyć pewną – mówiąc żargonem teatralnym – „sztampę”, jaką już przyklejono na książce. Że jest to książka – nacjonalistyczna. W wyborze tematu, oczywiście tak. Pisarzowi bez instynktów narodowych nie przyjdzie na myśl przetworzyć literacko – dzieje Polski. Ale pogląd Wołoszynowskiego na te dzieje bynajmniej nie jest nacjonalistyczny, nie jest nacjonalistyczny w nowoczesnym rozumieniu tego słowa. Jest na wskroś arystokratyczny, elitarny – czy, używając żargonu politycznego – faszystowski.

Arystokratyzm zaś i elitaryzm, choćby przybierały jak najbardziej narodowe barwy, nie pokrywają się wcale z ideą nacjonalistyczną. Ustrój elitarny może zbudować silne państwo. A państwo już etymologicznie jest czymś zupełnie innym od narodu: pochodzi od panów, podczas gdy naród to powszechność. Wołoszynowski, kreśląc sylwetkę Bolesława Chrobrego, wydaje się być niekonsekwentnie zresztą, zwolennikiem hipotezy Piekosińskiego o powstaniu państwa polskiego przez najazd, a nie przez chłopską rewolucję społeczną, jak to sam opisuje na początku. Jego Chrobry ma psychologię potomka najeźdźców. Inaczej nie mogłoby mu przyjść na myśl porównanie siebie do pastucha, a narodu do bydła.

Takim Chrobry, z tego, co o nim wiemy, nie był. Jeśli mógł porwać się na rozszerzanie granic, na ambitną myśl zbudowania olbrzymiego państwa słowiańskiego, to nie tylko dlatego, że był sam wielką indywidualnością i wspaniałym wodzem: ale dlatego, że miał za sobą społeczność małej jeszcze ówcześnie, ale już Polski. Miał za sobą, jakbyśmy dziś powiedzieli, naród. Dlatego jego dzieło, choć następcom nie starczyło tchu na utrzymanie gigantyczności koncepcji, było trwałe. W historii pozostali tylko Chrobry i jego drużyna rycerska, a narodu ówczesnego nie widać. Ale w legendzie naród jest. Drużyna rycerska nie mogłaby odnosić świetnych zwycięstw, gdyby nie miała zaplecza, gdyby w kraju nie rozumiano jej celów politycznych. Albo, te zwycięstwa byłyby nic nie przyniosły w skutkach, nie powstałaby z nich wielka Polska, byłyby w historii epizodem, takim jak zwycięstwa Aleksandra Macedońskiego, czy rajdy wojenne Napoleona od piramid do Moskwy.

Zagadnienie wodzostwa jest w naszych czasach szczególniej aktualne. Nie można go jednak sprowadzać do konfliktu wybitnej jednostki z zbiorowością, bo to jest zagadnienie inne, zagadnienie dyktatury. Wódz narodu, to nie jest wielka indywidualność, której głównym atrybutem jest bat. Wódz narodu to ten, który ogniskuje w sobie dumę zbiorowości i umie ją rozpłomieniać, to ten, który jest symbolem prądów społecznych i umysłowych, nurtujących naród, to ten, który tyleż swą wielkością daje narodowi, ile z niego dla swej wielkości bierze. I historia narodu niekoniecznie musi być znaczona nazwiskami wielkich wodzów. Nie zawsze wielkie koncepcje dziejowe, te, które dają narodowi wielkość, dadzą się upersonifikować w jednostkach. Wielkość Polski jagiellońskiej jest tego najwymowniejszym dowodem.

Natomiast wydaje mi się, że niezasłużoną karierę w poglądach historyków zrobił Batory, i przez Wołoszynowskiego jako ideał wodzostwa przedstawiony. Batory to był zawodowy król, spec rządzenia, powołany na tron polski przez szlachtę, nie mogącą się pogodzić co do obioru króla narodowego, „Piasta”. Powołany został jako fachowiec, który się wykazał przedtem na księstwie siedmiogrodzkim gospodarnością i talentami wojskowymi. Decyzja powołania Batorego na tron nie wypływała z żadnej głębszej koncepcji politycznej. Zaślubiny Anny Jagiellonki z Batorym, to było zupełnie co innego niż ślub Jadwigi z Jagiełłą, który rozszerzył Polskę. Tu tylko obcy przyszedł na tron, bo zwaśnieni swoi woleli księcia siedmiogrodzkiego niż Jana Kostkę czy Andrzeja z Tęczyna.

Batory jako fachowiec, istotnie nie zawiódł pokładanych w nim nadziei. I gospodarzem był tęgim i wodzem wojska znakomitym. Zawiódł tylko nadzieje magnatów, którzy myśleli, że będą w nim mieli powolne narzędzie. W obronie swojej władzy wydał im walkę, która w historii przysporzyła mu sławy sejmoburcy i bicza bożego na warchołów. Jego głową polityczną był Zamoyski. Jego koncepcje nie wychodziły poza tradycyjne koncepcje jagiellońskie. Nie wrósł w kraj, którego był królem. Do końca życia nie nauczył się po polsku, mówił po łacinie. Po wielkiej burzy sejmowej z powodu stracenia Samuela Zborowskiego, pisał: „...ciężko jest w Polsce królować, gdyż plemię nasze jest chciwe i lekkomyślne, dziś dasz, a nie dasz-li jutro, w niwecz to... By nie szło o sławę, puściłbym to królestwo”.

Ale że szło o sławę, dotrwał do końca, zwycięstwami nad Moskwą utrwalił się w pamięci, i z czasem, po niefortunnych rządach Wazów, prawem przeciwstawienia urósł w historii na następcę Chrobrego. Obcy król na polskim tronie.

Wołoszynowski, w zgodzie z tą oceną, przypisuje mu znaczenie ogromne, a możliwości, przerwane przedwczesną śmiercią, jeszcze większe. Równa go z Piotrem Wielkim w opisie tych czasów:

„Nad epoką, która przychodzi, dominuje swą wielkością Piotr I rosyjski. On dyktuje politykę na wschodzie Europy. On przejął rolę dawnej Polski wielkiej, tworzył na to miejsce rolę wielkiej Rosji, europeizowanej gwałtem. Z Azji rosyjskiej wyciosywał rosyjską Europę. Był tym dla Rosji, czym dla Polski zaczynał być, lecz roli swej nie dokończył – prowadził ją tylko przez dziesięć krótkich lat – Stefan Batory”.

Otóż – Polski nie trzeba było europeizować ani wyciosywać jej z Azji. Polska była i jest od tysiąca lat – Polską. Ta wschodnia koncepcja wodza z batem a la Piotr I, nie ma u nas żadnego zastosowania. Nie potrzebujemy Kemala Paszy dziś, ani też Batory nie próbował nim być przed czterystu laty. Znał swoje miejsce. Ale niepokojące jest to, że w dzisiejszych czasach tak je źle znamy.


Nacjonalistyczna koncepcja Polski – to nie jest koncepcja dyktatury wodza i elity rządzącej nad narodem. To koncepcja dyktatury narodu. To rozbudzanie poczucia dumy narodowej w najszerszych warstwach, to naród równości społecznej i hierarchii obowiązków, to ekspansja idei polskiej na zewnątrz, po szlakach jagiellońskich.

I dlatego, zdaje mi się, że myli się Wołoszynowski, gdy pisząc w swej książce o czasach ostatnich, o ruchu piłsudczyków, tak rzecz formułuje:

„Z opozycją prawicową szła ciągła walka nie o hasła, nie o światopogląd – o monopol raczej imienia: obóz wielkiej i jednej Polski”.

Walka idzie o coś ważniejszego niż imię. Właśnie – o światopogląd.


Tekst pochodzi z książki Stanisław Piasecki - Prawo do twórczości

Inne publikacje autora Wszystkie artykuły