Stanisław Piasecki - Chłopy idą

Cywilizacja nie rodzi się z dnia na dzień ani powstać może ni stąd ni zowąd – nie ukręcisz bicza z piasku. Cywilizacja tworzy się pospólnie, społecznie, z pokolenia na pokolenie, długą i mozolną uprawą. Jej warunkiem nieodzownym jest osiadł o ś ć tych, co ją tworzą. Cywilizacje koczownicze, cygańskie, są kalekie lub karłowate. Brak im trwałości uprawy na tej samej glebie, w ciągłem przeszczepianiu i przeflancowywaniu cherlają, wątleją, marnieją, jak rośliny doniczkowe. Nie czerpią soków z ziemi.

Kryzys naszej współczesnej cywilizacji jest w znacznej mierze kryzysem osiadłości tzw. elity kulturalnej, cherlającej w wielkich miastach – doniczkach. Urbanizacja i industrializacja z roku na rok coraz to bardziej przemieniała typ życia tych, którzy mienią się być twórcami cywilizacji, w typ życia koczowniczy. Dziś tu, jutro tam, żadnych związań stałych, żadnej ciągłości. Miałkość i sypkość. Więc przy lada wietrze – tuman kurzu i nic więcej.

Zrazu nie dostrzegało się zabójczego wpływu urbanizacji nowoczesnej na życie kulturalne. Przeciwnie. Wymieszanie w wielkomiejskim tyglu różnolitych pierwiastków, przyniesionych ze sobą, dawało twórcze pokrzyżowania, olśniewające kombinacje. Ale nic z tego nie osiadło, nic nie okrzepło. Zatracało swoją barwę – nie umiało stworzyć nowej barwy trwałej. Aż się zaczęto wstydzić tej bezbarwności i chować w noc. W ciemnościach nocy nie ma wstydu. Więc – podróż do dna nocy.

Sprawozdanie z tej podróży, z całym cynizmem opisanej w powieści Celine‘a, obnażyło w sposób przerażający proces rozkładu dokonany przez wielkomiejskie koczownictwo na żywym organizmie cywilizacji. Jeszcze w Polsce ten proces nie posunął się tak daleko, jak we Francji, ale już i u nas, choćby w literaturze takich Uniłowskich czy Rudnickich, pojawiły się pierwsze sygnały alarmowe. Tej miejskiej, miałkiej, sypkiej ,,elicie”, składającej się z koczowników, łazików i wagabundów, niczym niezwiązanych, nie mających swego miejsca na ziemi, nie pozostaje nic innego, jak zagłębić się w noc – a któż z nas inteligentów, mieszkających dziś na Mokotowie, a jutro na Ochocie, pracujących dziś tu, jutro tam, a pojutrze bezrobotnych, nie jest po trosze zarażony bakcylem koczownictwa?

Wielką wylęgarnią tych bakcylów stał się nowoczesny, wielkokapitalistyczny ustrój gospodarczy, który zniszczył małe warsztaty, podstawę osiadłego i przeto twórczego cywilizacyjnie mieszczaństwa dawnoczesnego, który ku rozrastającym się potwornie miastom pchnął obietnicą łatwego zarobku masy związanego dotąd z ziemią ludu, który wciągnął w swą orbitę rozbitków wyzutej z ziemi szlachty.

Wszystkich zamienił w koczowników, pozbawionych własnego stylu życia, coraz dalszych własnym tradycjom cywilizacyjnym, coraz samotniejszych w szarych miejskich murach. Jednych – tych sprytniejszych i mniej posiadających skrupułów – wywindował ku górze nowoburżuazyjnego, bezstylowego luksusu, małpiarsko naśladowanego z najzewnętrzniejszych, połapanych to stąd, to zowąd cech dawnych, zniszczonych warstw – drugich, liczniejszych, sproletaryzował, zepchnął w dół, uczynił z nich bezkształtną masę ludzi, żyjących na przemian to indywidualnymi nadziejami na rockefellerowskie kariery, to zbiorowym gniewem i zaprzysięganiem zemsty. A i tych na górze, i tych na dole, pchnąwszy raz w koczownictwo, pozbawił najistotniejszego czynnika twórczości cywilizacyjnej: osiadłości, związku z ziemią, łączności pokoleń. Ci z góry snobują się własnym rozkładem (spośród nich rekrutują się entuzjaści Celine’a), ci z dołu, marząc skrycie o zajęciu miejsc na górze, snobują się wygrażaniem. Tzw. literatura proletariacka jest literaturą wygrażania, ubrana zresztą w bardzo burżuazyjną formę pisarską. Proletariusz-koczownik jest tak samo nietwórczy, jak i burżuj-koczownik. Twórczość, z samej swej istoty, jest aktem przekazywania siebie następnym pokoleniom. Człowiek z psychiką przechodnia nie dba o to. Pasjonować to może tylko człowieka osiadłego.

Toteż twórczość cywilizacyjna jest zawsze dziełem tych warstw narodu, które przez osiadłość z dziada pradziada i przez poczucie odpowiedzialności wobec przyszłych pokoleń, stanowią jego rdzeń trwały.

W Polsce, jako że nie mieliśmy nigdy silniejszej, własnej warstwy mieszczańskiej, twórcami cywilizacji narodowej byli przede wszystkim szlachcic i chłop. Szlachta – to była tej cywilizacji kinetyka, w warstwie chłopskiej był tej cywilizacji potencjał, do którego nieraz sięgano, gdy szlachecka kinetyka słabła w napięciu. Czymże innym, jeśli nie sięgnięciem do złóż kultury ludowej był romantyzm, kiedy szlachecki klasycyzm epoki stanisławowskiej zaczął kostnieć i sztywnieć! Czymże innym, jak nie następną z kolei próbą odnowy był okres Młodej Polski, kiedy już nie tylko sięgnięto do skarbnicy sztuki ludowej po tworzywo, ale z chłopskiej warstwy wydobywać się zaczęli Kasprowicze i Reymonty?

Od tych czasów proces demokratyzacji narodu posunął się znacznie dalej. Chłopi wchodzą spoza wsiowskich opłotków wielką ławą w polskie życie publiczne. A zbiega się to z coraz gwałtowniejszym wysychaniem w warstwie inteligenckiej źródeł kultury szlacheckiej, wyparowującej swe ostatki w dusznych murach miast, pozbawionej naturalnych dopływów z ginących pod młotkiem licytacyjnym dworów i dworków, mąconej odchodami wielkomiejskiej hałastry.

Rozróżnienie pomiędzy cywilizacją szlachecką i chłopską ma tu zresztą znaczenie tylko historyczne. To jest cywilizacja jednorodna, na tej samej ziemi wyrosła, przez tę samą przyrodę kształtowana, mająca ten sam styl wewnętrzny, ten sam w najgłębszej swej istocie obyczaj polski. Ważne jest rozróżnienie inne: pomiędzy cywilizacją osiadłą a cywilizacją koczowniczą. Pierwsza jest cywilizacją narodową, której budowniczymi byli szlachcic, mieszczanin i chłop, każdy z nich w takiej mierze, w jakiej jego warstwa brała dotąd udział w życiu publicznym. Druga to produkt industrializacji kosmopolitycznej, ginącej dziś samobójczą śmiercią od sprowokowanego przez nią samą kryzysu gospodarczego, ale zatruwającej jeszcze ciągle atmosferę.

Przez okres tych wyziewów z celine‘owskiego dna nocy trzeba przenieść dobro cywilizacji narodowej i nie dać mu zniszczeć. A trzeba na to świeżych, niezużytych sił i krzepkich ramion. Te świeże siły na szczęście są i coraz wyraźniej się zarysowują w polskim życiu. Głucho o nich na razie w naszym światku literackim, zajętym Akademiami i nagrodami. Chłopy idą? A gdzie to? Nic jakoś nie słychać...

Ja tam słyszę ten miarowy rytm chłopskich kroków, który niedługo już zadudni, musi zadudnić potężnie poprzez polską literaturę. Widzę nawet forpoczty.

Taką przede wszystkim forpocztą wydaje mi się niezauważony dotąd przez krytykę tomik poezji Stanisława Młodożeńca „Gamy i pejzaże”.[1] Twardych chłopów rodzi sandomierska ziemia. Trzeba niebyle jakiej odporności, ażeby tak, jak Młodożeniec, przeszedłszy przez sam środek futuryzmu krakowskiego (uwielbienie maszynizmu antyrustykalizm), nic nie zatracić z chłopskiej, samorodnej treści, wrócić na dobrocicki wąkop[2] i powiedzieć sobie: tarnino, to były tylko gamy, teraz wracam do swojego, chłopskiego pejzażu. Owe futurystyczne gamy, dziwaczne nieraz i mało zrozumiałe, zamieścił Młodożeniec w pierwszej części swego zbioru poezji. I słusznie, że je zamieścił. Czytelnik bowiem ma możność stwierdzenia naocznego, jak te zdobycze formalne w ekspresji słowa i rytmie, które wyniósł Młodożeniec z futuryzmu, użyte zostały przez niego do dźwiękowego i rytmicznego wzbogacenia siły wyrazu epickich wierszy, wbudowanych w wiejski pejzaż, a to „O Jasiu Dobrochu, zbóju Lichocie i rudym mańkucie”, a to „Na weselu”, a to „Pieśni o lnie”. Każdy wiersz Młodożeńca jest właściwie gotowym słuchowiskiem. (Tyle się pisało o wpływie kina na literaturę – tu rysuje się coś, jakby wpływ radia). Wierszy Młodożeńca trzeba słuchać, żeby wczuć się w ich całą krasę. Pomyślane są – dźwiękowo.

Wiersze Młodożeńca, te ostatnie, z drugiej połowy zbioru, są przy tym bojowo chłopskie. Młodożeniec idzie w awangardzie poezji chłopskiej (nie tej ocukrzonej „ludowej”, ale właśnie chłopskiej). Stąd buńczuczność i zadzierżystość, jak to zawsze w walce. Coś tam się dostanie i plebanowi, i dziedzicowi – ale przede wszystkim pachciarzowi[3]. I zadźwięczy mocno duma – nie boi się Młodożeniec tego słowa – chamska. Trochę w tym retoryki, ale i znacznie więcej pasji nowej polskiej literatury rodem ze wsi, która idzie, aby wesprzeć i trochę zluzować wysiloną już literaturę szlachecką, wywodzącą się z tego samego pnia osiadłej cywilizacji narodowej.

Nie tylko w poezji.

Jednym z przedstawicieli nowej prozy chłopskiej (na wskroś świeżej, nie stylizowanej na ludowość, ale prawdziwej i szczerej) jest Wincenty Burek, krajan Młodożeńca z Sandomierskiego. I to talent pierwszej wody, samorodny, wnoszący do polskiej literatury wartości nowe i rzetelne.

Ile zaś tam po chłopskich skrzyniach kryje się rękopisów niedrukowanych, które nie znalazły sobie dotąd drogi do redakcji i wydawców![4]


Tekst pochodzi z książki Stanisław Piasecki - Prawo do twórczości


[1] Stanisław Młodożeniec: Gamy i pejzaże. Warszawa, 1934. Nakładem Wydawnictwa „Wąkopy”.
[2] Wąkop – wąwóz, jar lub usypisko z ziemi. [redakcja]
[3] Pachciarz – dzierżawca [redakcja]
[4] Pisane 7.1.1934.

Inne publikacje autora Wszystkie artykuły