Stanisław Piasecki - Cenzus wieku

Sejmowa dyskusja nad nowym projektem ordynacji wyborczej upływa w atmosferze monotonii i nudy. Projektodawcy, którzy z góry otrąbili w swojej prasie, że nowa ordynacja ma być radykalnym środkiem do wytępienia partyjniactwa, przytrzymani za poły delikatnym zapytaniem z własnych szeregów, czy przypadkiem nie chodzi tu o wprowadzenie systemu monopartyjniactwa, zamilkli przezornie, nie wdają się w dysputy zasadnicze, ograniczają się do tzw. wyjaśnień technicznych. Opozycja zaś grzmi frazesami o pokrzywdzeniu ludu, przestrzega przed zgubnymi skutkami podeptania pięcioprzymiotnikowości, porównuje dotychczasowy system wyborczy do klapy bezpieczeństwa, no i ma niemałą uciechę z wykazywania biurokratycznych nonsensów, od jakich w projekcie aż się roi.

Istotnie, projekt panów Cara i Podoskiego jest wprost klasycznym przykładem biurokratycznego zakalca. Czy doprawdy trzeba było aż tak zawiłej konstrukcji wyborczej, aby zapewnić obozowi rządzącemu większość w Sejmie? Nie, to nowe prawo wyborcze z kolegiami, elektorami, rejentami, kandydatami, orderami i maturami, z pewnością nie będzie figurować w podręcznikach prawa konstytucyjnego jako przykład jasności i przejrzystości ustawodawczej.

Nie znaczy to jednak wcale, aby dotychczasowe równe, tajne, bezpośrednie, powszechne i proporcjonalne głosowanie mogło wzbudzać czyjkolwiek zachwyt. Mieliśmy z nim dość żałosnych doświadczeń. Jego rzekoma demokratyczność okazała się zwykłym oszustwem, odskocznią dla demagogii politykierów, źródłem bezsilności Sejmu, niezdolnego wyłonić jednolitego rządu, przyczyną oportunistycznych kompromisów, no i w konsekwencji – uzasadnieniem późniejszej dyktatury.

Zagadnienie ordynacji wyborczej wiąże się zawsze – nie tylko u nas – z zagadnieniem władzy. Istnieją wprawdzie różne abstrakcyjne formułki, które mają za zadanie osłonić nieco istotną treść prawa wyborczego, ale gdy rzecz odwinąć z bawełny, nie ma żadnych wątpliwości: sprawa ordynacji to sprawa dojścia do władzy, lub utrzymania się przy niej. I inaczej być nie może w ustroju, który za źródło władzy chce podawać wolę ludu, a do mierzenia tej woli używa termometru wyborów.

Tak się jednak zaczyna w Polsce składać, że zagadnienie władzy, żywo i ,,zawodowo” interesujące dyskutantów z Sejmu i Senatu (jednych – bo chciałoby się zostać, drugich – bo radzi by byli się odegrać), że zagadnienie to coraz mniej obchodzi kraj. Sprawa jak stokroć jest ważniejsza od sprawy kto, tym bardziej, że jakoś tych wybitniejszych ktosiów na horyzoncie nie widać.

Stąd i dyskusje ordynacyjne w Sejmie mało budzą zaciekawienia. Stoimy w życiu polskim wobec najważniejszych problemów, które w najbliższej już przyszłości trzeba będzie rozstrzygnąć. Ale są to problemy ustroju społeczno-gospodarczego, a nie problemy władzy. Te drugie – to już będą wtórne.


Czytelnik, który się już zaniepokoił może, skąd na łamach literackiego tygodnika wziął się taki, na wskroś polityczny, artykuł, znajdzie kilka wierszy dalej całkowitą satysfakcję.

Wracam na swój teren i proklamuję utopię! Ot, po prostu przyszła mi chętka zgłoszenia utopijnego projektu ordynacji wyborczej. Projektu, który się nie troszczy o zagadnienie władzy, ale ma na celu utworzenie z parlamentu terenu wielkiej dyskusji, o wielkich sprawach.

Projekt wychodzi zresztą z tych samych założeń, co projekt panów Cara i Podoskiego: walki z partyjniactwem. Jedna tylko mała różnica: walki z partyjniactwem zarówno rządowej, jak i opozycyjnej. No i druga zapewne różnica w poglądzie na istotę partyjniactwa. Złem tzw. partyjniactwa nie jest bynajmniej samo istnienie partii, ale fakt, że partie nasze nie są przeważnie wyrazem zdecydowanego poglądu na świat, tylko amalgamatem ludzi różnojęzycznych politycznie, którzy nawykli ze sobą razem chodzić. To powoduje, że struktura polityczna Polski jest wyjątkowo bezsensowna. Na długie wieczory zimowe polecić można znakomitą rozrywkę umysłową: znanych działaczy politycznych podzielić na grupy nie według ich przynależności partyjnej, ale według wyznawanych zapatrywań. Więc np.: grupa konserwatywna, grupa liberalno-narodowa, grupa faszystowsko-narodowa, grupa liberalno-socjalistyczna, grupa faszystowsko-socjalistyczna, itd. – aż do skrajnej lewicy.

W każdej z tych grup znaleźliby się na pewno posłowie, należący dziś do zwalczających się partii, rządowcy i opozycjoniści.

Zabawę takiego segregowania można spokojnie odłożyć na zimę; choćby opublikować i udowodnię cytatami z artykułów i mów słuszność podziału, nic z tego „nie wyjdzie”, mówiąc po nowopolsku. Nasi partyjniacy (i ci z sanacji, i ci z opozycji) tak już przyzwyczaili się do sztucznego podziału, że nie da rady. Jedni powiedzą białe, to drudzy, aby się sprzeciwić, czarne, i nawrót.

Stare urazy, stare kompleksy, tym mocniejsze, że w sporze o wojenne orientacje powstałe, niełatwo wykorzenić. I choć nie wolno się demagogicznie posuwać do potępiania wszystkiego, co dało Polsce tzw. partyjniactwo, choć długa jest lista zasług „partyjniaków” w odbudowaniu Polski, choć w rozlewisku partyjnym powstał niejeden głębszy prąd, który długo jeszcze będzie miał duże znaczenie w życiu polskim – niewiele już można oczekiwać po starym systemie podziałów politycznych To się kończy i jałowieje.

Ale, oczywiście, partyjniactwa nie rozgromią ani kolegia wyborcze, ani pięćsetki zarejestrowanych rejentalnie podpisów, ani jawne i ukryte podważanie pięcioprzymiotnikowości. Jest sposób o wiele prostszy. Nie trzeba wcale ruszać sakramentalnych przymiotników. Wystarczyłoby do dotychczasowego prawa wyborczego – i to jest właśnie ten utopijny projekt – wprowadzić jeden nowy artykuł:

Artykuł X: Czynne i bierne prawo wyborcze do Sejmu przysługuje wszystkim, którzy ukończyli lat 21, a nie przekroczyli lat 35, czynne i bierne prawo wyborcze do Senatu przysługuje wszystkim od 35 lat wzwyż.
Cenzus wieku.


Rozmawiałem niedawno z pewnym dyplomatą sowieckim o młodzieży w ZSRR.

– Myśleliśmy dotąd – powiedział mi – że istnieje tylko sprawa klasy. Patrząc na naszą młodzież zaczynamy się przekonywać, że istnieje również sprawa wieku.

Oczywiście musi ona istnieć w kraju, gdzie wchodzi już w życie pokolenie, całkowicie wychowane w nowym ustroju społeczno-gospodarczym. A taka sama sprawa choć na innym tle, istnieje w Polsce. Wchodzi już w życie nowe pokolenie, całkowicie wychowane w niepodległym państwie.

Sprawa wieku, to jest w Polsce dzisiejszej coś znacznie więcej, niż odwieczny, znany pod wszystkimi szerokościami i długościami geograficznymi, konflikt młodych z starymi, frazeologiczny raczej, niż istotny. Sprawa wieku w Polsce dzisiejszej – to głęboka różnica typu psychicznego. Dla „starych” państwo polskie to zrealizowane hasło niepodległości, wspomnienia walk powstańczych i zabiegów dyplomatycznych, coś samo w sobie cudownego i niezwykłego. Dla młodych państwowość polska jest czymś samo przez się rozumiejącym się, zwykłym, powszednim, naturalnym. „Starzy” potrafią się zachłystywać tym, że polska flaga wisi na maszcie, że mamy swoją walutę, która nie spada, że zawieramy traktaty, sojusze i porozumienia. Ideałem ich jest stabilizacja. Młodzi, przeciwnie, chcą burzyć i przebudowywać, nie boją się ryzyka, które by mogło nawet chwilowo narazić na szwank interesy państwa, bo cóż warte państwa niesprawiedliwości społecznej i gospodarczego wyzysku? Tamci chcą urządzać państwo – ci przede wszystkim chcą urządzać społeczeństwo. Tamci zdołali się już pokłócić o to, jak urządzać państwo, ci nie zdążyli się jeszcze poróżnić serio na temat urządzania społeczeństwa.

Nie sposób nie dostrzec w Polsce zjawiska solidarności młodego pokolenia. Nie jest to solidarność poglądów oczywiście, ale solidarność metody myślenia, solidarność hierarchii tematów, solidarność reakcji uczuciowych.

Dwu młodym z przeciwnych obozów łatwiej się nieraz dogadać ze sobą niż każdemu z nich ze swoimi „starymi”. Bliżsi są sobie psychicznie. I łączy ich wspólność przekonania, że najważniejszą sprawą, jaką ma Polska przed sobą, jest sprawa przebudowy społeczno-gospodarczej. Ich podział polityczny jest jeszcze odblaskiem podziału tzw. starszego społeczeństwa. Ale jest to podział powierzchowny raczej, który natychmiast ustąpił by miejsca podziałowi istotnemu, gdyby tylko na to pozwoliły warunki.


Nawet utopijny projekt ordynacji wyborczej musi mieć swoje krótkie uzasadnienie. Dlaczego Sejm do 35-ciu lat? Dlaczego ta mechaniczna granica?

Trudno obejść się w projekcie takim bez pewnej mechaniczności, Ale uzasadnienie jest: roczniki najmłodsze, od 21 lat, to pokolenie, które już prawie nie pamięta niewoli, a w każdym razie całkowicie wychowane w polskiej szkole. Ci z górnej granicy, do 35-ciu lat, to ludzie, którzy w wolnej Polsce przeżyli połowę swego życia i jeśli zaliczają się do tzw. inteligencji, ukończyli polską wyższą uczelnię.

Sejm taki reprezentowałby młodość i awanturę, wnosiłby światoburcze projekty przebudowy społecznej, miałby przed oczyma wizję przyszłej Polski, nieskażoną myśleniem z lat niewoli. Senat zaś byłby siedliskiem statecznej rozwagi, powściągałby młodzieńcze zapędy, odwoływałby się do tradycji.

Partyjniactwo byłoby w takim Sejmie pojęciem nieznanym. Podział musiałby nastąpić według dwóch głównych prądów nurtujących dziś młode pokolenie: na obóz, głoszący hasła marksistowskiej koncentracji (z frakcją narodową i międzynarodową) i na obóz, głoszący hasła gospodarki narodowej w zdekoncentrowanym ustroju. Ale i staropartyjniacki Senat pod wpływem herezji, głoszonych w Sejmie, rychło by musiał się skonsolidować.


Jak utopia, to utopia. Pofantazjujmy dalej. Jakież byłoby oblicze tego Sejmu do lat 35-ciu?

Nikt by nie chciał siedzieć na prawicy – to pewne. Cały Sejm byłby radykalny. Wszystkie wnioski antykapitalistyczne przechodziłyby jednomyślnie. W krytyce ustroju kapitalistycznego mówcy z wszystkich list zgadzaliby się ze sobą. Różnice powstałyby dopiero w programie pozytywnym: koncentracja czy dekoncentracja? Państwo-maszyna czy państwo zorganizowanej twórczości narodowej?

Ale zanim by ta kwestia decydująca i ostatnia zjawiła się na porządku obrad, na drugim czy trzecim posiedzeniu wpłynęłyby wnioski nagłe posłów narodowych w kwestii żydowskiej. Sprawa ta, dotąd bądź demagogicznie rozdmuchiwana, bądź wstydliwie przemilczana, na tym forum znalazłaby się w wnioskach konkretnych. Mimo gwałtownej obstrukcji frakcji komunistycznej, po mowie posła Manesa Fromera (autora książki pt. „Konieczność światowego rozwiązania kwestii żydowskiej”) wypowiadającego się za uchwaleniem nagłości, olbrzymią większością głosów nagłość zostałaby przyjęta i rozpoczęłaby się wielka dyskusja.

Nie ma co ukrywać, że drażliwą sprawą w tym sejmie młodych byłaby sprawa kościoła. Posłowie chłopscy, zastrzegając się, że nie występują broń Boże przeciw religii, tylko przeciw klerowi, wnieśliby w obrady ton zaczepny. Dopiero przemówienie księdza posła Pyry, deklarującego imieniem młodego kleru solidarność z postulatami społecznymi izby i wspierającego wywody radykalnych posłów chłopskich w ataku na kapitalizm cytatami z św. Tomasza, odprężyłoby zupełnie atmosferę.

Tylko, że po pierwszych uchwałach Sejmu, nastąpiłby ostry konflikt z Senatem...


Cóż więc warta ordynacja, która by nieuchronnie doprowadziła do konfliktu między dwiema izbami i nie wiadomo jakich następstw?

To właśnie jej największa wartość. Bo nareszcie zaczęłoby się w Polsce coś „dziać” naprawdę. Nareszcie przyszedłby przełom, nareszcie zaczęłaby się budowa Polski przyszłej, tej, której pragnie i której wizję ma ciągle przed oczyma młode pokolenie.

Pokolenie starsze, pokolenie niepodległościowe, zapatrzone w przeszłość, pomne wysiłków walk o wolność i blaskiem legendy tych walk oślepione, boi się tego momentu wkroczenia Polski na nowe drogi. Jest to zresztą lęk zupełnie psychologicznie zrozumiały.

Jak najdalej odsunąć moment przemiany, jak najdalej! Stąd w nowej konstytucji przesunięcie wieku wyborców do Sejmu z lat 21 na lat 24, stąd podwyższenie wieku posłów do więcej niż lat 30. Stąd rozważania p. Al. Kawałkowskiego w „Gazecie Polskiej”, jakby to młodzież zupełnie odsunąć od zainteresowań politycznych, skoro próby podporządkowania jej w organizacjach, kierowanych i subsydiowanych przez górę, zupełnie zawiodły.


– A pan, panie utopisto i projektodawco sejmu młodych, ile sobie lat liczysz, że taki pomysł forsujesz?

– Trzydzieści pięć. Na granicy, niestety, na samej granicy...


Tekst pochodzi z książki Stanisław Piasecki - Prawo do twórczości

Inne publikacje autora Wszystkie artykuły