Jan Ludwik Popławski - Walka o panowanie nad Azją

I. POLITYKA ZABORCZA ROSJI

Dla przyszłego historyka wojna rosyjsko-japońska będzie niewątpliwie początkiem tego okresu dziejów współczesnych, którego tło wytłoczy, którego osią stanie się walka o panowanie nad Azją. O panowanie – podkreślam ten wyraz – nie zaś o posiadanie, o podział Azji pomiędzy państwa europejskie, bo ten jest z wielu względów, których wyliczanie byłoby zbytecznym – niemożliwym. I dziś nawet te państwa europejskie, które zagarnęły w Azji wielkie obszary, jak Anglia w Indiach, lub Francja w Indochinach panują nad nimi politycznie, wyzyskują je handlowo, ale nie wzięły ich w posiadanie. Jedynie Syberia, która nadawała się do kolonizacji, stanowi integralną część państwa rosyjskiego, ale już o Turkiestanie i w ogóle o Azji środkowej nie można tego powiedzieć.

Współzawodnictwo pomiędzy Anglią i Rosją jest tylko epizodem, chociaż najważniejszym, walki o panowanie nad Azją. Ten cel – panowanie nad Azją – polityka obu współzawodniczących mocarstw teraz dopiero należycie zaczyna sobie uświadamiać. Do niedawna współzawodnictwo na gruncie Azjatyckim rozwijało się żywiołowo, pomiędzy handlową ekspansją Anglii a instynktową jakby przyrodzoną zaborczością Rosji, która uświadamiała sobie dwa dążenia: do wolnego, „ciepłego” morza na Dalekim Wschodzie i na Oceanie Indyjskim. Obie ekspansje, rosyjska i angielska, rozszerzając swój zakres, spotykały się coraz częściej na swych drogach, sprzeczność interesu coraz wyraźniej między niemi występowała. Anglii jednak chodziło niemal wyłącznie o utrzymanie swego panowania w Indiach, na dalszym dopiero planie stały jej interesy handlowe w Chinach, którym zresztą Rosja do niedawna poważnie grozić nie mogła. Głownem zadaniem, aczkolwiek na dalszą przyszłość odkładanym, polityki Azjatyckiej Rosji było obalenie panowania angielskiego w Indiach. Bliższe i pilniejsze sprawy odciągały Rosję od tego zadania, wracała jednak do niego i coraz to nowe obmyślała plany. Już w starej Moskwie zrodziła się wątpliwość: czy „pępek” świata znajduje się w Jerozolimie czy też w „ziemi indyjskiej”. Piotr Wielki i Katarzyna II myśleli o wyprawach w celu podbicia Indii. Paweł przyjął z radością plan Napoleona i tylko nagła śmierć jego powstrzymała wyprawę Orłowa. Od wojny krymskiej plany podboju Indii zajmują wciąż dyplomację rosyjską i sfery wojskowe. Zdobycie Azji środkowej, a następnie ziem zakaspijskich i Merwu – to etapy wielkiego planu. Dalszym krokiem na tej drodze są wyprawy „naukowe” do Tybetu i ostateczny ich rezultat – protektorat nad tym krajem i władcą jego Dalaj-Lamą, papieżem buddyzmu, jak również utrwalenie wpływu rosyjskiego w Persji.

Polityka rosyjska od dłuższego już czasu przeniosła punkt ciężkości swych zadań w tę stronę, szuka legendarnego „pępka świata” w Indiach i legendarnego „ciepłego” morza na Oceanie Indyjskim. Nie zaniechała wprawdzie tradycyjnych swoich zadań na Wschodzie bliższym, w Turcji, ale i dla niej, i dla polityki angielskiej zeszły one na plan drugi.

Anglia prowadziła dotychczas w Azji politykę obronną, zresztą bardzo zręczną i skuteczną. Dzisiaj właściwie nie lęka się o panowanie swoje w Indiach. Pochód armii rosyjskiej na zdobycie tego kraju jest śmiałą fantazją. Wyprawa wymagałaby dziesięćkroć większych trudności w transportowaniu i prowiantowaniu wojsk niż kampania w Mandżurii. Wojskowe i polityczne koła angielskie doskonale zdają sobie sprawę z tego, że Rosja ani w dzisiejszych warunkach, ani w bliskiej przyszłości nie może zagrozić skutecznie panowaniu Anglii w Indiach.

Ale jednocześnie zaczęto w Anglii rozumieć, że niebezpieczeństwo chociaż odległe nie przestaje być groźnym i zawczasu przeciwdziałać mu należy. To przeciwdziałanie stało się tym bardziej koniecznym, że w ostatnich dziesięciu latach polityka rosyjska w Azji zmieniła sferę swego działania i uświadomiła sobie swoje zadania, swój cel. Ta zaś zmiana nie tylko bezpośrednio grozi interesom Anglii w Chinach, ale i panowaniu jej w Indiach. Uświadomienie zaś celów dalszych polityki rosyjskiej, raczej jedynego jej celu – opanowania Azji, grozi Anglii, właściwie całej rasie anglosaskiej, nie tylko niebezpiecznym współzawodnictwem, ale wprost zagładą jej potęgi, utratą jej światowego stanowiska, jej roli dziejowej.

Rasa anglosaska teraz dopiero już nie w wyjątkowych umysłach, ale w całej swej masie poczuła się potężną, powołaną do wielkich zadań, do hegemonii kulturalnej i politycznej. Wyrazem tej świadomości są ambicje imperialistyczne, których uwieńczeniem ma być sojusz wszystkich społeczności anglosaskich. Świadomość swej potęgi i swej roli dziejowej przebija się nie tylko w planach politycznych, ale i w literaturze.

I oto w takiej właśnie chwili dziejowej Rosja w polityce swej stawia sobie świadomie cel opanowania Azji, stworzenia wielkiej monarchii światowej. Instynktowne dążenia zaborcze Rosji przybierają formę ideału. Rzecznikiemliterackim i publicystycznym tej idealizacji dążeń zaborczych, a raczej jednym z wielu rzeczników, przeważnie mniej znanych jest głośny książę Uchtomski43. Trzeba pamiętać, że w Rosji zawsze bardzo realne dążenia polityczne przybierają idealną formę konstrukcji historiozoficznych i socjologicznych. Nie trzeba szukać przykładów, wystarczy jeden aż nadto wymowny – panslawizm.

Z lekceważącą ironią, która świadczyła o nieznajomości zarówno historii, jak psychologii rosyjskiej, potraktowano zrazu te fantazje literackie na temat panazjatyzmu. Ale zanim społeczeństwo rosyjskie zdołało je wchłonąć i przetrawić, już polityka realna zaczęła je stosować.

Ażeby ocenić należycie znaczenie i doniosłość wypadków, które stanowią wstęp do walki o panowanie nad Azją trzeba zaznaczyć, o ile się w nich przebija świadomość biorących w nich udział czynników. Dopiero ta świadomość łączy pojedyncze fakty w jedną całość, w jeden proces dziejowy i wyznacza im w tym procesie odpowiednie stanowisko.

Każdy proces dziejowy ma za sobą długą nieraz przeszłość czynów i dążeń bezwiednych, instynktowych na wpół świadomych. Zazwyczaj tylko a posteriori można wykazać łączność pomiędzy nimi i zrozumieć ich właściwe znaczenie. Od chwili, gdy występuje świadomość, zaczyna się nowe stanowisko polityczne, które w następstwie staje się historycznym. Otóż zaznaczyć trzeba, że dla zjawiska, którego istotę stanowi walka o panowanie nad Azją, taka chwila dziś właśnie nadchodzi.

I w Anglii, a raczej w świecie anglosaskim, i w Rosji dojrzewa świadomość, że dotychczasowe współzawodnictwo polityczne w Azji dwóch olbrzymich mocarstw, nie może być ani w drodze rokowań dyplomatycznych ani za pomocą wojny uregulowanym, że kompromis trwały między ich dążeniami i interesami jest niemożliwy. Kończy się okres współzawodnictwa, zaczyna się okres walki, której rezultatem musi być zupełne pognębienie jednej ze stron walczących. Zarówno Rosją jak Anglia, ustępując ze swego stanowiska w Azji, rezygnując ze swych dążeń do roli przewodniej w polityce wszechświatowej, wyrzekłyby się swej roli dziejowej, swych ambicji narodowych i państwowych. Nim się na to dobrowolnie zgodzą, muszą się wprzód zmierzyć w zapasach na śmierć i życie. Rzecz jasna, że o rezultacie tych zapasów nie rozstrzygnie jedna wojna i że obie strony, rozumiejąc doniosłość walki, nie kwapią się do niej i obawiają się zuchwałych, ryzykownych kroków.

Zwłaszcza Anglia, która, mając 1/4 co do obszaru a 1/3 co do ludności część Azji pod swym panowaniem, więcej zaś niż połowę tej części świata pod swoim pośrednim lub bezpośrednim wpływem – prowadziła dotychczas ostrożną i przezorną politykę obronną. I dopiero szybkie postępy Rosji w ostatnim dziesięcioleciu, zdradzające wyraźnie jej dążenia do opanowania Chin a następnie całej Azji, zniewoliły mężów stanu kierujących polityką angielską, do zastanowienia się nad konieczną zmianą jej charakteru i środków taktycznych.

O tych postępach Rosji nie tylko zwykli czytelnicy gazet ale nawet politycy i dyplomaci europejscy mają bardzo niedokładne pojęcie.

Od r. 1895 tj. od wojny japońsko-chińskiej, Rosją konsekwentnie i do zatargu z Japonią pomyślnie przeprowadzała plan stopniowego zawładnięcia Chinami. Plan ten polegał na zjednaniu sobie powolności rządu chińskiego a jednocześnie na zagarnianiu pod swój wpływ i swoją władzę krajów luźnie tylko z Chinami złączonych: Mongolii, Mandżurii, Korei, Tybetu i Turkiestanu chińskiego.

Na mocy umowy z Chinami zajęła Rosją półwysep Kwantung, gęsto zaludniony i posiadający wielkie znaczenie handlowe i strategiczne. W tej nowo nabytej posiadłości pobudowała miasta Port-Artur i Dalnij (Talien-Wan) i nie szczędziła wydatków na uzbrojenie i urządzenie kraju, zapewniającego jej panowanie nad Mandżurią i Morzem Żółtym a pośrednio nad Pekinem i całymi Chinami północnymi.

Jednocześnie zaczęła Rosją budowę dróg żelaznych w Mandżurii, łączących kolej syberyjską z Władywostokiem i Portem Artura. Rudowa tych dróg wskazywała, że Rosją myśli na stałe usadowić się w Mandżurii. Powstanie bokserów dało jej sposobność do utrwalenia swego stanowiska w tym kraju. Prawnie Mandżuria jest prowincją chińską, faktycznie od trzech lat rządzi w tym kraju i gospodaruje Rosją, która już przed wojną utrzymywała tam liczną armię i zorganizowaną po wojskowemu straż wojskową. Urzędnicy chińscy byli posłusznymi wykonawcami rozkazów władz wojskowych rosyjskich. Ani Chiny i Japonia, ani Anglia i Stany Zjednoczone nie mogły wymusić na dyplomacji rosyjskiej stanowczego oświadczenia w sprawie Mandżurii. Liczne noty i wyjaśnienia rządu rosyjskiego są zawsze niejasne i dwuznaczne. Sprawa Mandżurii wywołała wreszcie, jak wiadomo, wojnę z Japonią i zaostrzenie stosunków pomiędzy Rosją a Stanami Zjednoczonymi i Anglią.

Usadowienie się Rosji w Mandżurii pociągnąć musi za sobą zajęcie Korei, kraju bogatego i gęsto zaludnionego.

Rosja nie może zostawić pod obcym wpływem Korei, która wciska się pomiędzy Kraj Amurski i Mandżurię, z której przeciąć można równie łatwo komunikację morską, jak komunikację lądową pomiędzy Władywostokiem a Portem Artura. Jakkolwiek więc czasowo przyznawała Rosja Japonii pewne prawa do Korei, wywierała jednak do ostatniej wojny znaczny wpływ w Seulu i usiłowała nawet umocnić swe stanowisko w północnej części kraju. Zabór Korei wobec innych zaborów Rosji w państwie chińskim był tylko kwestią czasu, odkładała zaś tą sprawę na później dla tego, że nie mogła rozpocząć od razu wszystkich swoich przedsięwzięć politycznych.

Niemal jednocześnie bowiem z zajęciem Mandżurii Rosja zaczęła powoli zagarniać Mongolię. Zaczęło się to zagarnianie od eksploatacji złota. Koncesję na kopanie złota dał Bankowi rosyjsko-chińskiemu rząd pekiński. Oburzyło to chanów mongolskich, którzy się uważają za lenników Chin, nie zaś za poddanych bogdychana. Zwołano wielkie zebranie starszyzny, tradycyjny „kurułtaj”. Obecny na tym zebraniu przedstawiciel Rosji, zręcznie wytłumaczył Mongołom, że car nie ma zamiaru im uchybić. Winien jest rząd chiński, który oszukał Rosję, zapewniając ją, że bogdychan ma nieograniczoną władzę nad Mongolią. Nie chcąc obrażać i krzywdzić kochanych przyjaciół mongolskich, potężny i sprawiedliwy „biały car” przysyła chanom 100.000 rs. i oświadcza gotowość bronić ich przed zamachami dynastii mandżurskiej i wyzyskiem Chińczyków i nawet łaskawie uznaje ich za swych bratanków.

Podczas gdy konsul Szyszmarow obrabiał chanów, inny jego kolega, również Buriat czy Kałmuk, wszedł w ścisłe porozumienie z Bandido Chambą, najwyższym lamą buriackim, a za jego pośrednictwem z Bogdo-Gigenem w Urdze, naczelnikiem buddyzmu w Mongolii, wreszcie z samym Dalaj-Lamą.

Potężne wpływy religijne i hojne dary pieniężne dobrze usposobiły Mongołów. Rosja wybudowała w Mongolii linię kolejową i poprowadziła przez ten kraj linię telegraficzną do Pekinu. Ma się rozumieć obie linie muszą być ochraniane przez straż, zorganizowaną na sposób wojskowy.

Powstanie bokserów, niewątpliwie przez Rosję wywołane, dało nowy powód do wzmocnienia władzy rosyjskiej. W Mongolii zaczęły krążyć pogłoski o przygotowanym napadzie na ten kraj band chińskich. Cudzoziemcy i Rosjanie, kupcy i przemysłowcy wynieśli się na Syberię. Ale że biedni Mongołowie uciekać przed rozbójnikami nie mogli, i zachodziła obawa, że nie potrafią się przed nimi obronić, litościwy „biały car” wysłał im na pomoc kilka sotni kozaków, a właściwie zorganizowanych na sposób kozacki lamaistów-Buriatów, i 4 sotnie kozaków wkroczyło do stolicy Mongolii, Urgi. Przyjęto ich jak wybawców i pogłoski o napadzie Chińczyków od razu ustały.

Kosztem 2 milionów rubli ufortyfikowano gmachy konsulatu i Banku rosyjsko-chińskiego w Urdze, ażeby je uchronić od napaści... bokserów, którzy nigdy nie myśleli do Mongolii zaglądać.

W tym czasie z powodu tajemniczego zniknięcia transportu herbaty, rzekomo zrabowanego przez „cakarów”, rozbójników mongolskich, rząd rosyjski, na prośbę kupców, wziął pod swoją opiekę drogę karawanową. Dla zbadania tej drogi na całej przestrzeni wysłano inżynierów i sotnię kozaków. Ekspedycja doszła aż do końca drogi, do sławnego wąwozu Si-nu-tse, przez który w XVII wieku Mandżurowie wtargnęli do Chin. Okazało się, że najlepiej zabezpiecza drogę zbudowanie w tym miejscu fortu i osadzenie go załogą rosyjską. Pięćdziesiąt woreczków srebra, przysłanych w upominku lamom, pozwoli szybko ukończyć budowę.

Rzecz cała była już dostatecznie przygotowana. 19 lutego 1901 r. oznajmiono uroczyście chanom, tajdżom (szlachcie) i ludowi mongolskiemu, że Rosja w zastępstwie Chin obejmuje łaskawie protektorat nad ich krajem. Rządów innych państw nie zawiadamiano wcale o tym fakcie, bo nie mają one swoich interesów w Mongolii. Nic się zresztą na pozór w tym kraju nie zmieniło. Rosja nie mogła zaprowadzić swej administracji w olbrzymim, słabo zaludnionym kraju, powierzyła więc nadal zarząd chanom, ale ściąga od nich daniny, buduje koleje i forty, osadza w nich załogi i eksploatuje bogate kopalnie złota.

Zatrzymaliśmy się dłużej nad tą sprawą, bo daje ona doskonałe pojęcie o polityce rosyjskiej w Azji i sposobach, których dla osiągnięcia swych celów używa. Równie charakterystyczną, ale o wiele donioślejszą jest sprawa protektoratu nad Tybetem. Tybet nie przedstawia sam w sobie żadnej wartości. Jest to kraina górska, pozbawiona bogactw przyrodzonych i słabo zaludniona. Ale z Tybetu prowadzi droga do Indii i kraj ten jest siedzibą Dalaj-Lamy, najwyższego zwierzchnika duchownego 500 milionów buddystów.

Dotychczas protektorat nad Tybetem sprawowały Chiny, nie miały jednak żadnej władzy w tym kraju. Opieka bogdychana ciążyła jednak Dalaj-Lamie i nie zabezpieczała jego posiadłości od Anglików, którzy zajęli obwód Lodok, a następnie obwód Sikkim, należący do Tybetu. Rząd chiński nie śmiał protestować przeciw tym zaborom, które w klerze buddyjskim i otoczeniu Dalaj-Lamy zbudziły nienawiść do Chin i Anglii.

Skorzystała z tego Rosja. Za pośrednictwem swoich buddystów, którzy zajmują nieraz wyższe posady urzędowe, i Chamba-Lamy buriackiego, agenci rosyjscy dotarli do Lassy – Rzymu buddystów. Byli nimi młodzi lamowie i lekarze Buriaci. Kilka lat prowadzono układy w wielkiej tajemnicy, której nikt nie mógł przeniknąć, bo, jak wiadomo, Lassa jest dla obcych niedostępną. Chanowie i lamowie mongolscy brali wybitny udział w tych intrygach, którym rząd chiński nie mógł przeciwdziałać. Po uśmierzeniu powstania bokserów, kiedy powaga dynastii mandżurskiej w Chinach okazała się mocno zachwianą, wysłaniec Dalaj-Lamy, wysoki dostojnik buddyjski, z cennymi podarkami dla cara stanął przed Mikołajem II w Liwadyi. Przyjęty bardzo uprzejmie na tajnej audiencji i obdarzony wspaniałymi darami, wrócił do Lassy i w tej powrotnej podróży, gdy stanął na granicy Syberii i Mongolii, oznajmił uroczyście swemu otoczeniu i witającym go lamom i chanom, że: „Wszechmoc Sakja-Muni (Buddy) wcielona w boskiego pana Dalaj-Lamę przeniosła Pekin (Pe-king – dwór północny) z nad morza Żółtego nad Morze Białe. I Biały Car jest odtąd panem i rozdawcą darów wiary”. „Błogosławieństwo nad tobą – wołał do cara – przybywaj do Lassy!”

Przemówienie kanclerza Dalaj-Lamy oznajmiało o wielkiej doniosłości fakcie, o tym, że przedstawicielstwo władzy doczesnej w świecie buddyjskim przeszło z cesarzy chińskich na carów rosyjskich. Protektorem Dalaj-Lamy, ramieniem świeckim wcielonego Buddy został równoczesny zwierzchnik cerkwi prawosławnej, car Mikołaj II.

Zmiana ta nastąpiła za wymuszonym zezwoleniem rządu chińskiego, który wprawdzie zastrzega sobie równorzędne z Rosją stanowisko w Tybecie w akcie urzędowym, ale zrzeka się praw swoich w akcie poufnym.

Na mocy układu między Rosją, Chinami i Dalaj-Lamą, w Tybecie ma na przyszłość panować zupełna wolność wyznania prawosławnego i lamaizmu, natomiast inne doktryny religijne będą surowo zakazane. Rosja i Chiny mają czuwać wspólnie nad spokojem w Tybecie, tłumić wszelkie rozruchy i nie dopuszczać interwencji innych mocarstw. Organizację wojskową na sposób europejski przeprowadzi wyłącznie rząd rosyjski. Ponieważ Chiny aktem poufnym zrzekły się przyznawanych im praw, protektorat nad Tybetem obejmuje faktycznie Rosja, gwarantując całość terytorialną posiadłości Dalaj-Lamy i Chin właściwych. Rządy sprawować będzie Rosja przez swoich urzędników i mieć będzie w Tybecie monopol eksploatowania bogactw mineralnych i budowania kolei. Chiny zastrzegły sobie w Tybecie tylko wolność handlu i prawo utrzymywania konsulatów.

Gdy ten układ stał się wiadomym, w Anglii zrozumiano jego znaczenie i oceniono niebezpieczeństwo, zagrażające interesom angielskim w Azji. Polityka rosyjska znalazła wreszcie w Lassie poszukiwany od wieków „pępek świata”, przynajmniej 500 milionowego świata buddyjskiego, tj. całej niemal Azji.

W kołach politycznych i w opinii angielskiej wytwarzać się zaczyna przekonanie, że na wyżynie Tybetu rozstrzygnie się współzawodnictwo między Rosją i Anglią, że w tajemniczym pałacu Dalaj Lamy znajduje się talizman cudownej mocy, dający panowanie nad Azją.

Wicekról Indii sformułował taktykę wynikającą z tego przekonania: w Azji prowadzić musimy politykę po Azjatycku. Anglia do niedawna tego nie umiała i dawała się uprzedzać Rosji.

Gdy wiadomość o układach między Rosją, Chinami i Dalaj-Lamą została sprawdzoną, z Indii wyruszyła natychmiast wyprawa angielska do Tybetu. Warunki miejscowe uniemożliwiają otrzymywanie dokładnych informacji o jej pochodzie; wiadomo, że oddział angielski został wzmocniony i że przednia straż jego zbliża się już do Lassy. Wplątana w wojnę z Japonią Rosją nie może skutecznie bronić Tybetu. Zapewne będzie się musiała powstrzymać od demonstracji przeciw Heratowi. Anglia, zdaje się, jest zdecydowaną postawić stanowczo sprawę Tybetu i nie cofnie się nawet przed wojną, gdyby Rosją czynnie chciała interweniować.

Jeden z dzienników angielskich, nie wróżąc długiego życia dzisiejszemu Dalaj-Lamie, zdecydowanemu wrogowi Anglii zapowiada, że wcielenie się Buddy w jego następcę powinno się już odbyć w posiadłościach brytyjskich i ten następca musi być pod innymi niż poprzednik jego wpływami wychowany. Ale takie „Azjatyckie” załatwienie sprawy nie rozstrzyga jej zasadniczo. Jeżeli Rosją dziś musi się powstrzymać od wojny o Tybet, to nie powstrzyma się, gdy sprawa protektoratu nad Dalaj-Lamą wymknąć by się jej miała z rąk. Bo o tej sprawie można powtórzyć to, co powiedział książę Uchtomskij43, że albo Rosją spełni swą misję dziejową i stanie się pierwszym mocarstwem, łączącym Wschód z Zachodem, albo wyrzec się musi wszelkiej sławy, coraz bardziej podupadać i zniknąć bez śladu, gdy ludy Azjatyckie, nie przez nią zbudzone, przeciw niej się zwrócą.

Te ludy Azjatyckie same dziś się budzą i one właściwie stanowią rozstrzygający czynnik w walce pomiędzy Rosją i światem anglosaskim o panowanie nad Azją. Niewątpliwie budzi się w tych ludach, zwłaszcza w ludach dalekiego Wschodu, świadomość duchowa i polityczna, i tam gdzie się już wyraźnie kształtuje, jak w Japonii, pozwala przypuszczać, że te narody staną po stronie Anglii i Stanów Zjednoczonych przeciw Rosji. Nie należy jednak sądzić, że chodzi im o wybór lepszego pana. Narody te dążą do życia samodzielnego, kulturalnego i politycznego, pod hasłem, które nie rozbrzmiewa głośno, ale tkwi głęboko w ich duszach – „Azja dla Azjatów”. Władztwo rasy anglosaskiej jest dla nich mniej groźnym, niż zaborcza polityka Rosji, bo sprowadzone przeważnie do zakresu spraw handlowych i w ogóle ekonomicznych, nie grozi ich odrębności duchowej i politycznej. W prasie japońskiej ten pogląd bardzo często się powtarza, a Japonia nadaj e ton temu prądowi odrodzenia, który zacieśniają niewłaściwie nadawane mu nazwy panmongolizmu lub panbuddyzmu. Jedyną właściwą nazwą jest panazjatyzm, ruch ten bowiem umysłowy i polityczny, który obejmuje nie tylko narody rasy mongolskiej lub ras pokrewnych i nie tylko wyznawców buddyzmu, dąży do połączenia wszystkich narodów w Azji.

II. PANAZAJTYZM

Ruch, o którym pod właściwą i niewłaściwymi nazwami tyle się dziś mówi i pisze, ma niewątpliwie nie tylko polityczny, ale i ogólnoideowy charakter. Nas jednak w danym wypadku obchodzi przede wszystkim jego strona polityczna.

Jako ruch ideowy, musi on mieć i ma istotnie swoich marzycieli i fanatyków, śmiałe uogólnienia i zuchwałe plany. Kierownicy polityczni jego mogą się nawet panazjami tymi posługiwać, sami jednak pojmują zadania ruchu realnie. Dotyczy to zwłaszcza mężów stanu Japonii, która jest dziś głównym, centralnym ogniskiem ruchu, znanego przeważnie pod nazwą panazjatyzmu. Koncepcje ich polityczne wydać się mogą ludziom, mającym szablonowe pojęcia o narodach i stosunkach Azjatyckich, zuchwałymi i w swym zuchwalstwie nawet niedorzecznymi, są one istotnie bardzo śmiałymi, ale zarazem, powtarzam to z naciskiem, trzeźwymi ściśle liczącymi się z rzeczywistością.

Panazjatyzm polityczny, którego hasła dziś jeszcze ostrożnie wygłaszają japońscy mężowie stanu, nie ma bynajmniej na celu wywołania walki rasy białej z żółtą, chociażby dla tego, że sami Japończycy nie mogą być do rasy żółtej zaliczeni, jak również dlatego, że obejmuje on wszystkie narody Azji, a więc i należące do rasy białej, a najważniejszym po Japonii jego ogniskiem są obecnie Indie angielskie. Nie głosi również panazjatyzm polityczny walki państw i narodów Azjatyckich z europejskimi, cywilizacji

Azjatyckiej, zupełnie innej zresztą w krajach Dalekiego Wschodu w Indiach i w świecie muzułmańskim – z cywilizacja europejską. Przeciwnie w tych właśnie narodach, które usiłują się do cywilizacji europejskiej dostosować, i w tych warstwach, które ją przyjęły, panazjatyzm najwięcej zyskuje zwolenników. tym bardziej nie może być mowy o walce buddyzmu z chrześcijaństwem, po pierwsze dla tego, że narody Azjatyckie, z wyjątkiem muzułmańskich odznaczają się zupełnym indyferentyzmem religijnym, po wtóre zaś dlatego, że hasła panazjatyzmu rozbrzmiewają nie tylko w Japonii i Chinach (gdzie, nawiasem powiedziawszy, buddyzm nie jest bynajmniej religią panującą), ale i w bramińskich i muzułmańskich Indiach, w Persji, nawet w Turcji.

Pierwszem zadaniem panazjatyzmu politycznego jest uzyskanie równouprawnienia państw Azjatyckich, tych, które własną swoją cywilizację posiadają lub naszą przyjmują, w stosunkach zewnętrznych z państwami europejskimi. Japonia ten cel już w znacznej mierze osiągnęła, aczkolwiek nie uzyskała zniesienia zakazu emigracji japońskiej, i to właśnie do państw z nią zaprzyjaźnionych – Stanów Zjednoczonych i niektórych kolonii angielskich. Dla uzyskania równouprawnienia państwowego Japonia nie szczędziła ofiar: wojna jej z Chinami, a następnie udział jej w wyprawie przeciw bokserom ten cel miały głównie na widoku. Po częściowym jej osiągnięciu Japonia dążyć zaczyna do uzyskania wpływu na Chiny, zaczyna odgrywać rolę ich protektora i nauczyciela i w polityce swej rzuca, a raczej podejmuje dawniej już rzucone hasło: Azja dla Azjatów.

To hasło jest istotą panazjatyzmu politycznego. We właściwym pojmowaniu polityków japońskich nie oznacza ono bynajmniej wyrzucenia europejczyków z Azji ani odbierania im kolonii, ale jak już zaznaczono w „Przeglądzie Wszechpolskim” jest ono przeniesieniem i zastosowaniem do Azji amerykańskiej doktryny Monroego. Ta doktryna, mająca rzekomo na celu niedopuszczenie do zamachów państw europejskich na niepodległe republiki amerykańskie, w gruncie rzeczy dąży do zapewnienia wpływu na nie Stanom Zjednoczonym. Podobnie Japonia, występując jako przedstawicielka i protektorka wobec Europy państw Azjatyckich, ma na widoku przede wszystkim swój nie zaś ich interes. Ale że jej interes w głównych punktach interesowi tych państw odpowiada, że są one, nie wyłączając Chin, za słabe do wystąpienia stanowczego w obronie swych praw, więc hasła panazjatyzmu w japońskim ich rozumieniu znajdują w nich gorących zwolenników.

Japonia zaś rozumie te hasła jako uprawnienie swej hegemonii nad państwami Azjatyckimi lub przynajmniej utrwalenie w nich swego wpływu. Jeżeli ten wpływ uzyskamy – mówił już 10 lat temu znakomity polityk japoński hr. Okuma – zostaniemy jednym z głównych mocarstw świata i żadne imię nie będzie mogło zrobić kroku w Azji bez zapytania o nasze zdanie. Dążenie do zdobycia tej hegemonii i proklamowanie hasła „Azja dla Azjatów” w bliskiej przyszłości nie grozi posiadłościom (bo nazwa kolonii nie jest dla nich właściwą) europejskim, jak nie groziła im doktryna Monroego w Ameryce. Ale w dalszej przyszłości „rozbudzona Azja” może się stać poważnym niebezpieczeństwem dla panowania niemieckiego w Kiao-Czao, zwłaszcza dla Francji w Indochinach, wreszcie dla Rosji nad oceanem spokojnym i nawet w Syberii Wschodniej a może i dla Anglii w Indiach. Dziś już jednak Azja mogłaby pod hegemonią Japonii stawić skuteczny opór dalszym zaborom.

Czy te plany polityki panazjatyckiej nie są złudzeniem, któremu się oddaje bezkrytycznie trzeźwy, ale zarazem chełpliwy naród japoński? Nie są złudzeniem, bo liczne fakty świadczą, że Japonia systematycznie politykę panazjatycką przeprowadza, w ostatnich czasach nawet z wielką ruchliwością i energią. Zarówno rosyjscy, jak angielscy podróżnicy i korespondenci Azjatyccy stwierdzają, że we wszystkich krajach Azji spotkać się można z Japończykami, którzy widocznie badają warunki miejscowe i zawiązują stosunki. Są to wyłącznie ludzie inteligentni, którzy podróżują bez wyraźnego celu, jakby dla własnej przyjemności, dla naocznego poznania dalekich i ciekawych krajów. Pełno ich w Tonkinie, w Syjamie, w Indiach, można ich spotkać w Turkiestanie, w Persji, na Kaukazie, nawet w Arabii. Niedawno pisano, że kilku wybitnych dziennikarzy japońskich przebywa w Konstantynopolu. Można by fakt ten objaśnić specjalnymi względami na stosunek Turcji do Rosji, okazuje się jednak, że stosunki z Turcją dawno już istnieją, że dla ułatwienia ich pewna liczba Japończyków przyjęła nawet mahometanizm, że sułtan już drugi rok temu wysłał nawet do Japonii misję religijno-polityczną, która jednak wskutek rozbicia okrętu zatrzymać się musiała w drodze, następne zaś inne otrzymała przeznaczenie. Tak daleko sięga panazjatyzm polityczny, takie olbrzymie obejmuje przestrzenie: od Złotego Rogu przy Bosforze do Złotej Góry na Oceanie Spokojnym – po wojnie chińskiej Japonia starała się jak najrychlej nawiązać stosunki przyjazne z pobitym przeciwnikiem. Wyprawa na Pekin, w której Japonia udział wzięła, nie popsuła tych stosunków, owszem umocniła je, Chiny bowiem przekonały się, że wobec zaborczości państw europejskich, a zwłaszcza Rosji, Japonia jest dla nich względnie najlepszym, najbezpieczniejszym, bo wspólnością interesu połączonym sojusznikiem. Nie trzeba przypominać, że w toczącej się wojnie sympatie zarówno rządu, jak narodów chińskich są po stronie Japonii i tylko obawa interwencji państw europejskich nie pozwala ich wyzyskać. Nie trzeba przypominać znanych faktów, że Japończycy stali się instruktorami wojskowymi i administracyjnymi Chińczyków, że spory zastęp młodzieży chińskiej z najpierwszych rodzin uczy się już w szkołach japońskich.

Chiny oporne, jak twierdzą niektórzy, niezdolne do bezpośredniego przyjęcia cywilizacji europejskiej, przyjmują ją pośrednio od Japonii i naśladować zaczynają skutecznie swego mistrza. Stosunki między Japonią i Chinami są już dziś bardzo ożywione, zwłaszcza w Chinach południowych. Przypisywany Japonii zamiar zagarnięcia Mandżurii, a nawet części północnych Chin, gdyby się urzeczywistnił, nie zmieniłby tego stosunku, bo niewątpliwie realizacji jego towarzyszyłoby obalenie dynastii mandżurskiej i albo zastąpienie jej japońską albo wyzwolenie właściwych Chin i podział tego olbrzymiego konglomeratu na kilka państw. Nie mówiąc bowiem o krajach lennych, jak Mongolia i Tybet, państwo chińskie składa się z 4 odrębnych kompleksów, przedstawiających znaczne różnice przyrodzone i etnograficzne, mianowicie: z Chin północnych, Mandżurii, Chin środkowych, czyli dorzecza rzeki Żółtej i z Chin południowych oraz z Turkiestanu chińskiego. To są zresztą kombinacje przyszłości, z którymi wprawdzie polityka japońska w dalszych swych widokach się liczy, ale dziś jej zadaniem jest pozyskanie wpływu przede wszystkim na rząd chiński i panującą dynastię i zapobieżenie częściowemu rozbiorowi Chin przez państwa europejskie.

Wpływ polityki japońskiej w Indiach jest zjawiskiem dotychczas mało znanym i bodaj czy w prasie naszej wspominano nawet o niem. Niegdyś istniał związek kulturalny, a może i polityczny, między Indiami i Japonią, ale nie pozostało nawet tradycji po nim. Zbliżenie, które teraz się zaczęło, nastąpiło na gruncie polityki i kultury angielskiej, dzięki dosyć rozpowszechnionej w obu krajach w warstwach inteligentnych znajomości języka angielskiego.

Na wrażliwych Hindusów silnie podziałała wieść o świetnym zwycięstwie Japonii nad potężnymi w ich mniemaniu Chinami. Prasa indyjska i anglo-indyjska zainteresowała się Japonią, niektóre gazety wysłały do tego kraju swych korespondentów. Udział Japonii w wyprawie przeciw bokserom podniósł jeszcze jej urok, gazety indyjskie pełne były zachwytów dla dzielności i sprawności wojsk japońskich, rozpisywały się o ich wyższości nad europejczykami. Zajęcie się Japonią w ostatnich latach wzrosło ogromnie w Indiach. Hindusi coraz częściej zaczęli odbywać wędrówki po Japonii. Nastała nawet moda posyłać tam na wychowanie dzieci, zamiast, jak dotychczas, do Anglii. W r. b. na uniwersytet w Tokio przybyło 70 Hindusów, należących do zamożnych i wpływowych rodzin i studenci japońscy owacyjnie ich powitali, podobnie jak kolegów Chińczyków. Młoda inteligencja Azjatycka zaczyna się wychowywać pod wpływem japońskim: na uniwersytecie w Tokio oprócz Hindusów i Chińczyków są jeszcze Syjamczycy i Jawajczycy.

Japończyków spotyka się dziś często w Indiach. Ścisłe stosunki łączą ich z buddystami Nepalu i Cejlonu. Ale ponieważ obecnie w Indiach nastało pewne zbliżenie między braminizmem i buddyzmem, należenie do tej drugiej religii Japończyków nie przeszkadza im w stosunkach z braministami i nawet z muzułmanami indyjskimi. Anglicy nie tylko

nie przeciwdziałali wpływom japońskim w Indiach, ale nawet je popierali. Obecnie jednak powzięli pewne podejrzenia. Jakiś Anglik pomieścił w gazecie indyjskiej entuzjastyczny artykuł o Japonii, z której świeżo przyjechał. Czytelnicy indyjscy wzięli autora za Japończyka, podróżującego po ich kraju i zasypali go oraz redakcję pisma listami, w których rozmaici radżowie, nababowie i uczeni kapłani indyjscy nazywali Japończyków przyszłymi oswobodzicielami Indii i całej Azji. Do listów dołączane były cenne podarki lub znaczne ofiary pieniężne na domniemaną agitację japońską. Władze angielskie dostały te listy, ale roztropnie nie nadały sprawie rozgłosu.

W ciągu zeszłego roku kilku radżów indyjskich z licznymi świtami odwiedziło stolicę Japonii. Przyjmowano ich uroczyście na dworze mikada, a arystokracja japońska urządzała wspaniałe uczty na cześć drogich i dalekich gości. Zwłaszcza zmarły niedawno japoński mąż stanu, książę Kanodżije, założyciel potężnego Towarzystwa, będącego właściwie związkiem panazjatyckim, zwracał szczególną uwagę na zawiązanie przyjaznych stosunków z Indiami i Syjamem. Szczególnego rozgłosu nabrała podróż do Japonii indyjskiego maharadży (panującego księcia) Putiali, któremu towarzyszył wysoki kapłan buddyjski, Darmapala. Na wydanej na cześć ich uczcie obaj dostojni goście wygłosili długie mowy. Putiala, jakby naśladując pamiętne zachowanie się księcia bawarskiego w Moskwie, wygłosił mowę, w której dowodził, że panujący książęta indyjscy są nie wasalami, ale tylko sprzymierzeńcami Anglii, podobnie jak książęta niemieccy w Rzeszy. Podobnie jak tytuł cesarza niemieckiego nie daje królowi pruskiemu prawa zwierzchnictwa nad Saksonią lub Bawarią, tak samo tytuł cesarza indyjskiego nie daje królowi angielskiemu władzy zwierzchniczej nad maharadżami indyjskimi. Zresztą Putiala odzywał się z zachwytem o sojuszu Anglii z Japonią i oświadczył, że odpowiada on serdecznym życzeniom wszystkich Hindusów. Porywczy Darmapala w natchnionej mowie przedstawił obraz przyszłego sojuszu japońsko-chińsko-indyjskiego i wielkiej wojny o wyzwolenie Azji. W odpowiedzi jakiś Japończyk deklamował wspaniały wiersz Kokasu Okakusy, wzywający narody Azjatyckie do solidarności i protestujący w imię odwiecznej ich cywilizacji przeciw zaborom europejskim.

Przezorni politycy japońscy nie dali się unieść fantazji, przynajmniej w publicznych wystąpieniach. Roztropnie doradzali Hindusom sojusz z Anglią i lojalność wobec niej w imię wspólnego interesu, Anglia bowiem jest nie tylko europejskim, ale i Azjatyckim mocarstwem. Było to w przededniu wojny z Rosją i japońscy mężowie stanu, mając przede wszystkim na widoku interes swego kraju, usiłowali nastroić Hindusów przychylnie dla Anglii a wrogo względem Rosji.

Wspomniałem już o podróżach Japończyków do Persji i Turcji. Rzecz ciekawa, że wielki wezyr perski, który nagle zniknął z Teheranu, zaplątany w krzyżującą się w Persji sieć intryg angielskich i rosyjskich, znalazł się niespodziewanie w Tokio.

Agenci japońscy usiłowali dotrzeć nawet do Tybetu i nawiązać stosunki z lamami. Jeden z nich przyniósł właśnie pierwsze dokładne wiadomości o intrygach rosyjskich na dworze Dalaj-Lamy.

Stosunki Japonii z Indochinami, zwłaszcza z Syjamem bardzo są ożywione. Chodziła nawet wieść, że mikado zamierza wydać jedną ze swych córek za królewicza syjamskiego, może za wykształconego po europejsku autora niedawno wydanej monografii z dziejów w XVIII wieku p. t „Wojna o następstwo tronu polskiego”.

Takie związki dynastyczne, nie praktykowane w Azji, gdyby weszły w zwyczaj, utrwaliłyby niewątpliwie łączność polityczną między państwami Azjatyckimi. Sojusz ze Syjamem ma dziś dla Japonii wielką wartość realną wobec sąsiedztwa tego państwa z posiadłościami francuskimi i sojuszu Francji z Rosją. Nie ulega wątpliwości, chociaż o tym dokładniejszych wiadomości nie ma, że polityka japońska nie zaniedbała odpowiedniej agitacji w Kochinchinie i Annamie, skoro zwróciła uwagę nawet na Jawę i Sumatrę.

Była próba, bodaj czy nie z inicjatywy Rosji pchnięcia polityki Japonii i jej dążności do ekspansji terytorialnej w tym właśnie kierunku, ku południowi. Objęcie w posiadanie Formozy może być uważane jako stworzenie pod stawy do tej polityki przyszłości. Geograf rosyjski Weniukow dawniej już obliczał, że Borneo i Nowa Gwinea mogłyby łatwo wyżywić 200 milionów ludności, gdyby objął je w posiadanie naród cywilizowany, który mógłby te obszary skolonizować i urządzić. A Japończycy mają wielką zdolność aklimatyzowania się w warunkach dla osadnictwa europejskiego niemożliwych. Borneo zresztą jest prastarą ojczyzną tego plemienia zdobywców malajsko-polinezyjskich, którzy stworzyli narodowość japońską i państwo japońskie, praktyczni Japończycy nie dali się jednak odciągnąć tymi ułudnymi perspektywami od Mandżurii i Korei, gdzie ich interesy bezpośrednio są zagrożone. Polityka japońska zwróciła się w kierunku północnym, na południowy jest już za- późno, z powodu usadowienia się Amerykanów na Filipinach i aspiracji europejskich do tych krajów, które Japończycy mogliby opanować, lub jeszcze za wcześnie – do walki z tymi aspiracjami i dokonanymi już zaborami.

To już, co wiemy dziś o ruchu panazjatyckim, a wiemy na ogół bardzo mało, stwierdza zaznaczone w artykule poprzednim przypuszczenie, że w walce o panowanie nad Azją pomiędzy Rosją, a światem anglosaskim odegra decydującą rolę trzeci czynnik – rozbudzone do życia samodzielnego narody Azjatyckie. I zdaje się, że przodująca ruchowi panazjatyckiemu Japonia będzie właśnie tym trzecim, który duobus litigantibus gaudet[1].

Publicystyka, a nawet polityka rosyjska i niemiecka usiłują zastraszyć Anglię i Stany Zjednoczone tymi niebezpieczeństwami, jakimi grozi ich interesom przebudzenie się Azji i rozwój potęgi japońskiej. I w naszej prasie odzywały się takie głosy, a nawet naiwne ostrzeżenia, których nie czytali ci, kogo dotyczyły. Z pewnością Anglicy, którzy na ogół lepiej znają Azję niż Moskale i Niemcy, doskonale zdają sobie sprawę z możliwych następstw ruchu panazjatyckiego i publicystyka angielska nieraz je rozważa.

Ale, jak już zaznaczyłem poprzednio, nawet urzeczywistnienie hasła „Azja dla Azjatów”, o ile łączy się z uznaniem faktów już dokonanych, panowania angielskiego w Indiach i amerykańskiego na Filipinach, nie zagraża interesom Anglii i Stanów Zjednoczonych, które na wschodzie

Azjatyckim redukują się właściwie do spraw handlowych. Nie tylko w bliskiej, ale w ogóle w tej przyszłości, z którą polityka liczyć się może, interesom handlowym i nawet politycznym Anglii i Stanów Zjednoczonych raczej grozi konkurencja państw europejskich, niż konkurencja Azjatycka. Przemysł angielski, w tych wielkich gałęziach produkcji, które nazywają się w Anglii narodowymi, obawiać się musi więcej współzawodnictwa Niemiec, niż n. p. współzawodnictwa Japonii, chociażby rozwój ekonomiczny tego kraju odbywał się dalej w dotychczasowym tempie.

Zresztą przebudzenie się Azji otworzy niewątpliwie przemysłowi i handlowi anglosaskiemu nowe rynki. Nie tylko dlatego, że przyjmowanie przez narody Azjatyckie cywilizacji i organizacji państwowej europejskiej zwiększa ogromnie ich potrzeby, ale i dlatego, że ułatwi skolonizowanie na ogół słabo zaludnionych wysp Oceanu Indyjskiego i Polinezji oraz Afryki. Do kolonizacji tych krajów narody europejskie nie są zdolne, Azjatyckie zaś, Japończycy, Chińczycy, Hindusi doskonale się nadają. Zaznaczyłem już wyżej, że dwie tylko wielkie wyspy, Borneo i Nowa Gwinea, mające dziś niespełna 2 miliony ludności, mogą jej pomieścić 200 milionów. W ogóle zaś kraje, otaczające Ocean Indyjski, skoncentrować mogą z czasem olbrzymią ludność. W końcu ubiegłego stulecia narody Azjatyckie, dotychczas nieruchome, zaczęły wysyłać coraz liczniejszą emigrację do kolonii i krajów, administrowanych po europejsku. Przeważnie jest to emigracja czasowa, zarobkowa, ale łatwo zamienić się może w stałą. Władze kolonialne brytyjskie w tych krajach, gdzie kolonizacja europejska jest niemożliwą, chętnie witają Azjatycką. Azjaci są doskonałymi robotnikami i łatwo nimi rządzić, oni zaś nawzajem wolą administrację europejską, niż swoją własną. Kolonizacja słabo zaludnionych krajów Azji, Oceanii i Afryki, może nawet południowo-zachodniej Ameryki, odwróci na dziesiątki i setki lat tzw. żółte niebezpieczeństwo od państw europejskich i przez europejczyków zamieszkałych, stworzy nowe, wielkie rynki nie tylko dla europejskiego, ale i Azjatyckiego przemysłu i handlu. Panowaniu Anglii w Indiach przebudzenie się Azji nie grozi bezpośrednim niebezpieczeństwem. Gdyby nawet Japonia wyrosła na wielkie, wszechświatowe mocarstwo i sięgnęła po hegemonię w Azji, dużo czasu upłynąć by musiało zanim mogłaby pomyśleć o obaleniu panowania angielskiego w Indiach. Same zaś Indie nigdy chyba niezależności nie zdobędą. Narody Azjatyckie, z wyjątkiem może Japończyków, nie mają świadomości narodowej, mają tylko poczucie rasowej lub religijnej odrębności.

O Chińczykach a tym bardziej o Hindusach nie można mówić jako o narodach w znaczeniu europejskim. Chiny i Indie te są wielkie kompleksy państwowe, kulturalne, ale nie narodowe. W Indiach istnieją zresztą nie tylko silne różnice i antagonizmy plemienne i religijne, ale nawet rasowe. Jak 400 milionów Chińczyków znosi od dwóch wieków panowanie garści – w porównaniu do ich liczby – Mandżurów, tak 250 milionów Hindusów znosić będzie panowanie garści Anglików – kwestia panowania nad ludami Azjatyckimi polega na tym, żeby rządzić nimi po europejsku, a prowadzić politykę po Azjatycku.

Natomiast zwycięstwo Rosji w walce o panowanie nad Azją byłoby dla Europy wielkim niebezpieczeństwem. Rosja jest państwem z ducha swego Azjatyckim, ale na sposób europejski, chociaż nie po europejsku zorganizowanym, państwem biurokratycznym i militarnym, a więc zaborczym. Gdyby udało się jej zdobyć panowanie bodaj nad częścią Azji, zorganizowałaby ona podwładne jej ludy Azjatyckie do zadań swej polityki zaborczej i dała jej technikę europejską: wówczas dopiero stałby się groźnym – nie tylko dla narodów Europy, ale i dla cywilizacji europejskiej – panazjatyzm, a raczej panmangolizm rosyjski w stylu Dżyngis-chana, tylko przystosowany formalnie do warunków życia współczesnego.

W początkach wieku XIV wystąpiła odważnie w obronie swej niepodległości nieznana wówczas Europie Japonia i – gdy kniaziowie moskiewscy i ruscy całowali pokornie stopy wielkich chanów i zlizywali z ziemi krople rozlanego ich ręką kumysu – zadała cios dotkliwy panowaniu mongolskiemu. Po siedmiuset blisko latach występuje dziś Japonia w analogicznej roli i jej zwycięstwo będzie odwróceniem grożącego Europie niebezpieczeństwa panmongolizmu rosyjskiego. – Zwycięstwo w walce o panowanie nad Azją Anglii i Stanów Zjednoczonych, zarówno jak zwycięstwo zasady politycznej „Azja dla Azjatów”, okazać się może przy- krem w skutkach dla niektórych państw europejskich, ale uwalnia je od większego niebezpieczeństwa. Dla nas jednak, jak dla wielu innych narodów europejskich, które w Azji żadnych interesów nie mają, to zwycięstwo może być tylko pożądanym, osłabiając zagrażającą nam bezpośrednio wrogą Potęgę.

Przegląd Wszechpolskie, 1904


Tekst został opublikowany także w książce Jan Ludwik Popławski - Pisma polityczne


[1] duobus litigantibus tertius gaudet (łac.) – ‘Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta’

Inne publikacje autora Wszystkie artykuły