Jan Ludwik Popławski - Nasza sprawa

Broszura polityczna, właściwie spora książka, pod wymienionym w nagłówku tytułem wydana niedawno w Poznaniu, obudziła żywe zajęcie i zyskała rozgłos niezwykły. Pierwsze jej wydanie rozeszło się w ciągu kilku tygodni, a drugie skonfiskowała policja pruska. Pisma poznańskie streszczały i rozbierały książkę p. Skarżyńskiego[1] szczegółowo, podnosiły wyrażone w niej poglądy lub polemizowały z nimi. Zjawił się nawet „list otwarty”, podpisany nazwiskiem, znanym powszechnie i szanowanym w kołach szlacheckich i klerykalno-arystokratycznych, protestujący przeciw usiłowaniom zbycia autora i jego poglądów lekceważeniem i drwinami. A był ten protest szczególnie znamiennym, bo jednocześnie pracę p. Skarżyńskiego przyjęły z wielkim uznaniem pisma radykalno-demokratyczne.

Wszystko to świadczy, że broszura p. Skarżyńskiego ma wartość niepoślednią. I autor nie jest również człowiekiem zwykłej miary. Potomek starego rodu szlacheckiego, zamożny ziemianin, siedzi na wsi i z zamiłowaniem oddaje się pracy naukowej, przeważnie w dziedzinie ekonomii politycznej. Przed dwunastu laty wystąpił jako kandydat na posła z samodzielnym programem politycznym, o którym niżej powiemy. Zrażony jednak do działalności parlamentarnej, nie chciał ponownie przyjąć ofiarowanego mu mandatu. W ubiegłym roku został wiceprezesem Towarzystwa Przyjaciół Nauk, najwyższej, właściwie jedynej instytucji naukowej w zaborze pruskim. Zaznaczamy te szczegóły, dotyczące osoby autora, bo w zestawieniu z nimi niektóre poglądy, wyrażone w broszurze, nabierają szczególnego znaczenia.

Książka p. Skarżyńskiego przypomina trochę rozprawy polityczne starych naszych statystów. Podobnie pisze czasem p. Szczepanowski. Ten ton i sposób pisania prawdziwie polski (o stylu i języku powiedzieć tego nie można) jest coraz rzadszym zjawiskiem w naszej publicystyce. Od razu poznać możemy, że autorem książki nie jest polityk praktyczny, że przemawia do nas filozof wiejski, moralista, a raczej moralizator i nauczyciel społeczeństwa, człowiek, który nie badał należycie spraw i stosunków bieżących i nie zna ich dokładnie, ale który natomiast dużo i poważnie o nich rozmyślał. Więc chociażby mylnie znaczenie realne spraw tych i stosunków oceniał, w poglądach jego znajdziemy niejedną myśl głęboką i oryginalną, trafną i pouczającą.

Znamiennym rysem naszych polskich statystów jest wykreślenie w programach politycznych drogi pośredniej. W umysłach pospolitych, w duszach przeciętnych jest to po prostu obawa wszelkiej skrajności, wszelkiej wybitnej samodzielności. Ale nie można tego powiedzieć o autorze „Naszej sprawy”. W nim, jak w wielu innych, jest to właściwa umysłowości naszej skłonność do syntezy, która splata się w jedną całość, w jedno dążenie z nabytą i długoletnią tradycją polityczną wykształconą, skłonnością do kompromisu w tum wyższym, socjologicznym znaczeniu, jakie mu przyznaje znany pisarz angielski Morley. Zresztą przytoczenie kilku ustępów z książki p. Skarżyńskiego najlepiej to czytelnikowi wyjaśni.

„Próbowaliśmy zrazu strategii i taktyki zaczepnej, wstępnym bojem, w powstaniach, to o własnych, to z pomocą najczęściej przypuszczalną a zwodniczą sił obcych; później wycieczek i ataków na oślep, to w prawo, to w lewo, oratorskich i deklamatorskich, wreszcie wywieszania białych chorągwi kapitulacji, rzeczywistych czy udawanych, całkowitych czy częściowych w rozmaitych próbach ugodowych. Nie próbowaliśmy dotąd w zaborze pruskim i rosyjskim jedynego szyku bojowego, który w warunkach danych nam przystoi, w którym bezpiecznie kroczyć możemy naprzód, którym krocząc nigdy się nie poddamy, póki rozbić się nie damy, a to: szyku czworoboku ruchomego, taboru starosłowiańskiego, z ołtarzami, ogniskami, żonami, dziećmi i dobytkim naszym pośrodku, a z bronią naszej pracy, naszej inteligencji, naszej wiary w potęgę idei i w wyższość naturalną naszej sprawy na zewnątrz.”

Tłumacząc to porównanie na język polityczny, p. Skarżyński mówi: „nie próbowaliśmy nigdy w zaborze rosyjskim i pruskim stania murem na gruncie legalnym przy równoczesnym wyzyskiwaniu tego terenu w celu utrzymania naszego bytu narodowego; nie umiemy dotąd stać wszyscy w zwartym szeregu, z podniosłem czołem, gotowi w każdym zaborze pracować na polu czy naukowym, czy ekonomicznym i społecznym, a nawet i politycznym, byle nas do pracy tej, jako Polaków, dopuścić chciano.

Owszem próbowaliśmy, przynajmniej w zaborze rosyjskim, w ciągu 20 lat po r. 1863 tej polityki zgodnie, zwartym szeregiem i bez „bizantyńskich pokłonów”, gotowi garnąć się do każdej pracy, do której by nas, „jako Polaków”, dopuścić chciano. Taki program miał i ma w społeczeństwie naszym bardzo wiele zwolenników, główne jego zasady i postulaty w całości lub częściowo odnaleźć można we wszystkich niemal głośniejszych utworach naszego piśmiennictwa politycznego, wydanych w ciągu kilkunastu lat po powstaniu. W podobny sposób, jak w broszurze p. Skarżyńskiego, był sformułowany w rozpowszechnionej swego czasu książce pt. „Aspiracye porozbiorowe”, najświeższym jego wyrazem jest wydana bardzo niedawno we Lwowie „Polityka obowiązku”.

Główna zasada tego programu politycznego nie jest bynajmniej dla społeczeństwa naszego nową. „Stanie murem na gruncie legalnym przy równoczesnym wyzyskiwaniu tego gruntu w celu utrzymania naszego bytu narodowego” powtarza się we wszystkich nierewolucyjnych programach politycznych po r. 1863, stanowi ich istotę, ich hasło naczelne. Znajdziemy tę zasadę w programie warszawskim „pracy organicznej” w różnych jego odmianach, w programach stańczyków i umiarkowanej demokracji galicyjskiej, wreszcie w programie stronnictwa ruchu ludowego w zaborze pruskim, nawet z pewnymi dodatkami w programach dawnych i najnowszych ugodowców. Tyle już o politycznej wartości tej zasady rozprawiano i pisano, że byłaby niepotrzebnym powtarzaniem nowa jej ocena. Zresztą w każdym programie mierzy się ta wartość polityczna trafnością jego wskazań praktycznych. I te wskazania praktyczne, które w broszurze swej daje społeczeństwu p. Skarżyński i które, jak to później zobaczymy, jakichś nieznanych prawd nie zawierają, są dla „naszej sprawy” w zaborze rosyjskim i austriackim bardzo ogólnikowe, program zaś wytyczny dla zaboru pruskiego sformułował już autor w r. 1884 w „liście otwartym”.

Natomiast myśl przewodnia książki p. Skarżyńskiego zasługuje na szczersze i zupełne uznanie tych nawet ludzi, którzy różnią się z nim zasadniczo w poglądach politycznych, ale „duszę polską zachowali zdrową”. Autor zaznacza słusznie, że „nie potrafimy jasno i otwarcie, bez ogródki wszelkim zakusom wynarodowienia nas przeciwstawić naszej sprawy z tym przeświadczeniem, że ona etycznie, przed Bogiem i ludźmi, nieskończenie wyżej stoi od racji stanu, od nienawiści rasowej, od kultu brutalnej siły, od narodowego egoizmu, które nas zniweczyć i wytępić usiłują za jaką bądź cenę i w jaki bądź sposób”. Chciałby więc przyczynić się do „lepszego zrozumienia naszej sprawy”, bo z lepszego jej zrozumienia wyłonić się musi godniejsza postawa i rozumniejsza obrona, chciałby „wlać wiarę, miłość i nadzieję w naszą sprawę i to wyrozumowaną, wolną od wszelkich ułud i zwątpienia, na naukowej podstawie opartą”.

Pomimo naszych błędów, a raczej błędu, „że prawie nigdy nie potrafiliśmy utrzymać się na linii pośredniej du juste milieu[2] i wpadaliśmy w ostateczność powstań i opozycji,- sprawa nasza nie upadła, żyje w nas i poza nami. Bez państwa, bez rządu narodowego, bez armii i finansów sprawa bytu narodu polskiego stoi dzisiaj tak, jak stała lat temu sto. Naród stoi – choć politycznie rozdarty – etnograficznie i etycznie jeden, cały, niezmniejszony, owszem, liczebnie powiększony”.

Ponieważ, zdaniem p. Skarżyńskiego, „robiliśmy sami nieraz wszystko, co było robić można, by się materialnie zgubić”, a pomimo to nie zaprzepaściliśmy naszej sprawy, więc „kryje się w niej jakaś tajemna siła, która pomimo nas chroni ją od zatraty”. Sądzę, że zamiast poszukiwania tajemnej siły bardziej z logiką zgodnym i mocniej na podstawie naukowej opartym byłoby przyznanie, że widocznie dotychczasowa obrona naszej sprawy nie była jednak tak błędną i lichą, jak się z pozoru zdawać może, jeżeli sprawa nasza stoi dzisiaj tak, jak stała lat temu sto, a nawet stoi lepiej, bo naród nasz jest obecnie etnograficznie jeden, cały, niezmniejszony, owszem, liczebnie powiększony. Niewątpliwie, nauczeni doświadczeniem, wiemy, że ta obrona w danych warunkach mogła być nieraz skuteczniejszą, niż była, ale to nie dowodzi, że była w ogóle złą i że tylko „stanie murem na gruncie legalnym”, jest najlepszym, jedynym dla niej na przyszłość wskazaniem.

Zgodzić się wszakże trzeba z p. Skarżyńskim, że siłą, która stanowi wartość i potęgę naszej sprawy, jest idea polska i że ta idea „żadnej innej nie ustępuje ani w potędze, ani w wartości dla całej ludzkości, że nie tylko dla nas jest prawdziwą energią życiową, lecz może być zarazem źródłem znacznego etycznego dorobku dla całego rodzaju ludzkiego”.

Wychodząc ze słusznego założenia, że moralne imponderabilia – idee, są realnymi czynnikami i potęgami w życiu jednostek i społeczeństw, autor wysoko podnosi ideał polityczny polski i dobrze potrzebę tego podniesienia uzasadnia. Czy ten ideał ma jaką wartość dla narodu po upadku państwa i czy ma bodaj w przyszłości wartość dla całej społeczności ludzkiej – „oto zagadnienia, na które dać sobie trzeba odpowiedź, jeżeli się chce naszą sprawę należycie zrozumieć, myślą, wyobraźnią i sercem pokochać, a wtedy dla niej żyć i z nią umierać”.

Autor przyznaje, że w młodym wieku nie zajmował się tymi pytaniami, jak nie zajmuje się nimi ogromna większość ludzi wykształconych w naszym społeczeństwie. Ta większość, bez rzeczywistej samowiedzy tylko, czuje się narodem polskim. Samo jednak „czucie się głową jedną wśród stada, które dzisiaj jest polskim, a jutro może być (?) niemieckim lub rosyjskim – nie wystarcza”, zwłaszcza wobec innych narodowości, „które są czymś więcej niż stadem, które wytworzyły jedności i organizmy wyższego rzędu siłą swego ducha i swoich idei”.

Zamęt i rozstrój w pojęciach, uczuciach i dążeniach naszego społeczeństwa po r. 1863 doprowadził już wielu ludzi do stanu zupełnej apatii i indyferentyzmu, jeżeli nie do zupełnego kosmopolityzmu. Położenie polityczne kraju, brak szkół narodowych i obracanie się naszej historiozofii w zaklętym kole między samouwielbieniem i bezwzględną, miażdżącą krytyką, przeważnie na poglądach obcych autorów opartą – tłumaczą dostatecznie brak w szerszych kołach głębszego zrozumienia idei społeczno-politycznej polskiej.

„Wyznać muszę – powiada p. Skarżyński – że gdybym nie był potrafił odnaleźć w historii naszej jakiejś specjalnej idei polskiej, która dodatnim jest czynnikiem w zasobie moralnym, w mieniu politycznym całej ludzkości, byłbym zwątpił o naszej sprawie”. Niestety, takich wątpiących, i właśnie z zaznaczonych wyżej powodów, sporo znaleźć można wśród naszej inteligencji, nawet wśród ludzi, którzy sprawy narodowej bronią, ale honoris causa, bez wiary i nadziei.

„Myśl, że narodziłem się członkiem narodu, który mało albo nic nie wart, który by mógł istnieć albo nie istnieć bez ujmy i szkody ani dla siebie, ani dla ludzkości, który zmarniał, bo zasłużył i zasługuje na to, żeby zmarnieć i zniknąć z powierzchni ziemi, myśl ta nasuwała się i zatruwała nieraz pojedyncze chwile mego życia”. „A jeżeli takie zwątpienia opadają ludzi wysoko wykształconych i inteligentnych, to tym bardziej zastanowić się należy nad tym: czym ma żyć, w co wierzyć, co kochać, z jakim celem ma pracować młodzież nasza i te zastępy ludzi, którzy przy pługu, przy warsztacie, w kantorze, albo w sztuce i nauce dzierżą zasoby i dorabiają mienia moralnego i materialnego – owych jedynych, realnych podstaw bytu narodowego”. Historycy obcy, pruscy i rosyjscy, wydali wyrok, że Polska była anomalią w Europie, nie posiadała niezbędnych warunków samodzielnego bytu politycznego, więc upaść musiała i ościenne państwa w interesie higieny politycznej powinny były dobić tego trupa. Nasi uczeni i publicyści dowodzili i dowodzą, że Polska wobec monarchii absolutnych ostać się nie mogła, że parlamentaryzm polski był próbą przedwczesną i stąd chybioną, która osłabiła państwo i w logicznym wyniku doprowadziła do utraty samodzielności politycznej.

„A konkluzja, nauka moralna na przyszłość? – pyta p. Skarżyński – zwykle żadna, często wprost fałszywa”.

Znajdują się jednak w dziełach niektórych historyków i pisarzy polskich „elementy do racjonalniejszego naukowego uchwycenia i zrozumienia polskiej idei społeczno-politycznej”. Wyszukał je p. Skarżyński w dziełach Korzona, Pawińskiego, Bobrzyńskiego, Szujskiego, Rembowskiego, nawet w rozprawach Spasowicza i Leliwy. Polacy do upadku państwa przechowali federacyjno-stanową formę uspołecznienia. „Centralizacja władzy była dla nas najwstrętniejszym systematem politycznym, groźnym widmem despotyzmu, wrogiem wolności i w zasadach prawno-państwowych, i w obyczaju, i w najgłębszych instynktach ducha narodowego. W swoim czasie były to mądre i dobroczynne formy uspołecznienia; im zawdzięcza Polska swoją potęgę w wieku XV i XVI, swój rozrost przez dobrowolną asymilację części składowych”. Wypisami z aktu unii horodelskiej, z dawnych pisarzy, Ostroroga, Modrzewskiego, dowodzi, że wysoko rozwinięty indywidualizm społeczny i federalizm, rzeczywisty parlamentaryzm, „oparty na interesach klas i zawodów”, już 300 nawet 400 lat temu były przedmiotem wyraźnych i świadomych dążeń, były ideałami politycznymi narodu polskiego. Już w XVI wieku Polska naprzeciw siły państwa stanowczo szalę na stronę siły społeczeństwa przechyliła.

W tym krótkim streszczeniu niepodobna dokładnie oddać charakterystyki ideału politycznego polskiego w książce p. Skarżyńskiego. Zaznaczę więc tylko, że autor niewątpliwie uchwycił dobrze jego rysy, nie wykazał wszakże, dlaczego parlamentaryzm, oparty na interesach klas i zawodów, ma być wynikiem polityczno-społecznej idei polskiej. Parlamentaryzm polski, jak sam p. Skarżyński trafnie go określił, opierał się na ujętej w formę średniowieczną, bo w inną wówczas ujętą być nie mogła, – zasadzie wszechwładztwa ludu. Nie udowodnił również, że ten ideał polski „to ideał par excellence słowiański i zjednoczona Słowiańszczyzna kiedyś go urzeczywistni”. W dziejach ludów słowiańskich ani takich dążeń, ani takich form uspołecznienia, jakie wytworzyła Polska, nie spotykamy zgoła, a zjednoczenie Słowiańszczyzny jest po prostu mrzonką polityczną. A o tym później pomówimy.

„W łonie przyszłości leży rehabilitacja ideału narodowego polskiego, bo w średniowiecznych formach tkwiły w nim pierwiastki etyczne i społeczno-polityczne, które przez absolutne, monarchiczne i centralistyczne formacje u innych narodów sięgają wprost do konstytucjonalizmu, samorządu i parlamentaryzmu nowoczesnego, a nawet służyć mogą za cenne wskazówki dla formacji społeczno-politycznych przyszłości”.

Polska osłabiona walką, toczącą się w jej łonie pomiędzy szlachtą i kozactwem ruskim, które przedstawiały dwa przeciwne kierunki życia politycznego, dwa przeciwległe typy ustroju państwowego, – nie mogła ostać się wobec państw silnie scentralizowanych, biurokratycznych, w celach podboju zorganizowanych. Patrząc na to, „dokąd ich zaprowadził serwilizm, a do czego nas nasza miłość wolności przywiodła”, historycy polityczni nowej szkoły potępiają bezwzględnie przeszłość polską i pośpiesznie a błędnie wnioskują, że nasz naród ocalić się może od zagłady wtedy jedynie, jeżeli zdobędzie te właściwości, przystosuje się do tych form uspołecznienia, przyjmie te ideały polityczne, które przeciwnikom jego tryumf zapewniły.

Dobry pedagog nie łamie nigdy natury dziecka, jego przyrodzonych ułomności i usposobień, ale stara się je w odpowiedni sposób wyzyskać dla celów wychowania. Nie można dowolnie zmieniać charakteru jednostki, a tym bardziej charakteru społeczeństwa, mającego oprócz właściwości dziedzicznych tradycje wiekową pojęć i uczuć skrystalizowanych w pewne formy stałe. Ale zarówno bezwzględny system wychowania, jak i szkoła polityczna, mogą skrzywić i wypaczyć charakter indywidualny i narodowy.

Zresztą czego ostatecznie dowodzi upadek Polski w walce z absolutyzmem moskiewskim i pruskim? Oto tej prostej prawdy – zdaniem p. Skarżyńskiego – „że tylko krwią i żelazem zbudowane twory społeczno-polityczne miały dotąd warunki bytu i trwałości”. Można te „twory polityczne” idealizować i brać za wzór do naśladowania tylko wtedy, jeżeli przypuszczamy, „że ludzkość zawsze stać będzie na tak niskim szczeblu pod względem etyki społeczno-politycznej i międzynarodowej, jak stoi dzisiaj”.

Jeżeli się jednak pojmuje zgodnie z filozofią historii ściśle naukową dzieje ludzkości – jako stopniową postępową ewolucję i emancypację ludów od elementarnego, żywiołowego struggle for life – do ideału, nigdy całkiem niedoścignionego, – wspólnej kooperacji narodów na zasadzie miłości i braterstwa ku wzajemnemu dźwiganiu się z barbarzyństwa do cywilizacji – to łatwo wprawdzie zrozumieć, że naród, który tylko umiał przyciągać do siebie, a nie umiał podbijać, któremu droższą była wolność jednostki, niż potęga państwa, musiał upaść w epoce zwycięstwa centralizacji i despotyzmu, ale może ten naród z dumą patrzeć na swoją przeszłość i z otuchą w przyszłość.

Gdyby federalizm i parlamentaryzm polski, które były tworami poronionymi, bo przedwczesnymi, mogły się był oprzeć na całym narodzie, na wszystkich stanach bez różnicy wyznań, „stworzyłaby Polska na wschodzie Europy lat temu trzysta większą potęgę moralną i polityczną, niźli to uczyniła Francja rewolucyjna”. „My sami zresztą od 100 lat z górą żyjący i rozwijający się jako naród, jako społeczeństwo bez własnego państwa, w ramach państw, które nas chciały i chcą wytępić, – my swoim istnieniem o ile dowodzimy, że państwo nie jest wszystkim, że jednostka zbiorowa, którą jest naród, nowoczesnemu molochowi państwowemu poznać się nie daje, o tyle jesteśmy reprezentantami silnego i zdrowego indywidualizmu i stąd zwiastunami i pionierami przyszłości”.

Żaden naród w tych warunkach, w jakich istniejemy, nie potrafiłby dotrzymać kroku innym w ogólnym cywilizacyjnym pochodzie. „Potrafi to, byle chciał, naród polski, a potrafi dlatego, że te ideały społeczno-polityczne, które w państwach zaborczych dopiero po rewolucji francuskiej powoli i mozolnie w serca i mózgi ograniczonych umysłów poddańczych (des beschrdnkten Unterthanen-Verstandes) wtłoczone być musiały, w duszy polskiej są starymi, dobrymi znajomymi, założonym jest w niej więcej jeszcze poza te dzisiejsze formy konstytucyjnej zadanie pogodzenia wymagań siły i bezpieczeństwa państwowego z wymaganiami swobody nie zostało dotychczas i nie prędko będzie rozwiązanym. Jesteśmy jeszcze w drugim okresie wszechwładzy państwa, ale, jak powiada Spasowicz, następuje już zwrot ku uzbrojonemu i nieszkodliwemu indywidualizmowi, restytucja praw mu przynależnych, jeżeli nie w praktyce dotychczas, to w umysłach wybitnych polityków i myślicieli. W tym zwrocie właśnie widzi p. Skarżyński apologię idei społeczno-politycznej polskiej i ideałów przyszłości wszystkich narodów, których ta idea jest integralną częścią.

Streściliśmy poglądy autora, przeważnie własnymi jego słowami, tu i ówdzie tylko dodając swoje uwagi i komentarze lub zaznaczając różnice przekonań. Na wiele z tych poglądów zgodzić się możemy w szczegółach, ale zgadzamy się całkowicie na tę myśl jego, że dokładne zrozumienie istoty „naszej sprawy” i należyta ocena jej wartości mają dla społeczeństwa naszego i jego działalności politycznej pierwszorzędne znaczenie. I to nie tylko dlatego, że „dla byle jakiej sprawy, dla byle jakiej idei ani jednostki, ani masy poświęcać się nie zechcą i nie potrafią”, ale dlatego również, że ujęcie istoty tej sprawy nadaje naszym dążeniom, naszym programom politycznym, pomimo ich nieuniknionej rozmaitości, pewną i trwałą podstawę.

Nasza myśl polityczna nie ma dziś właściwie żadnej podstawy etycznej i socjologicznej. Dawne programy potrzebują koniecznie nowego uzasadnienia wobec zmian radykalnych w pojęciach społeczeństwa, nowo powstające zaś tym bardziej, bo w ogóle żadnego nie mają. Praca p. Skarżyńskiego próbuje dać takie uzasadnienie polityce narodowej, „naszej sprawie” i wysoko podnosi jej pierwiastek ideowy, jej treść wewnętrzną. To usiłowanie stanowi główną wartość książki, o której mówimy, pobudza bowiem do myślenia i zastanowienia nad tym zagadnieniem doniosłem tych nawet, co się zupełnie z autorem nie zgadzają ani w pojmowaniu naszej przyszłości, ani w określeniu „naszej sprawy”, ani w wprowadzeniu z tego określenia wskazań praktycznych.

O tych wskazaniach powiemy w następnym artykule. Są one ściśle polityczną częścią broszury, chociaż jej wartość polityczną stanowi właściwie określenie i ocena istoty „naszej sprawy”.


W systemie polityki międzynarodowej „nasza sprawa” – zdaniem p. Skarżyńskiego – nie istnieje zgoła. Jest to wyrażenie co najmniej niedokładne, czuje to sam autor i wyjaśnia dalej, że sprawa polska nie zajmuje dziś gabinetów i dyplomatów, nie jest, mówiąc po galicyjsku, aktualną, jak np. sprawa wschodnia, egipska itd. Naród polski, jeżeli chce oprzeć byt swój na podstawach realnych, musi zasadniczo odróżniać „kwestię polską, międzynarodową, europejską od naszej sprawy w obrębie trzech zaborów”. Pierwsza jest dziś „fantasmagorią”, ale autor zastrzega się, że zdanie jego dotyczy niedawnej przeszłości i najbliższej przyszłości – do „terminu wybuchu ogólnej wojny europejskiej”, po której, prawdopodobnie, nastąpi inne rozwiązanie kwestii polskiej, niż w r. 1815.

Na ten temat snuć można dowolne kombinacie, ale my kwestię polską, jako „naszą sprawę” pojmować możemy tylko w obrębie trzech mocarstw, do których jesteśmy przyłączeni.

Niewątpliwie, ale i w obrębie trzech mocarstw nasza sprawa dwojako może być pojmowaną: jako sprawa naszego stosunku do każdego z tych rządów i jako sprawa wzajemnego ich stosunku do siebie ze względu na nas. W tym drugim znaczeniu nasza sprawa jest zarazem sprawą czy, jak odróżnia p. Skarżyński, kwestią międzynarodową, chociaż trzy tylko państwa bezpośrednio obchodzi, niektóre inne pośrednio albo nie obchodzi wcale. Wielka wojna europejska wydaje mi się „fantasmagorią”, ale prawdopodobna niedawno jeszcze wojna między Niemcami i Austrią, a Rosją dlatego może właśnie nie nastąpiła, że mężowie stanu, kierujący polityką tych państw, przewidywali konieczność innego niż w r. 1815 rozwiązania kwestii polskiej, a żadna, nawet tymczasowa kombinacja, zwłaszcza dla Niemiec nie była pożądaną. Po wojnie nastąpić by musiały zmiany terytorialne, Niemcy zaś nie życzą sobie ani przyłączenia do swych posiadłości nowych ziem polskich, ani wzmocnienia znacznego żywiołu polskiego w Austrii, rozumiejąc doskonale, że w tym drugim wypadku prędzej czy później musiałyby prowadzić z nią walkę o swoje kresy wschodnie. Gdyby zaś zwyciężyła Rosja i zagarnęła np. Galicję, w naturalnej konsekwencji dążyłaby następnie do owładnięcia nie tylko Poznańskiego, ale i Górnego Śląska, Prus Zachodnich i Wschodnich. W polityczno-wojskowej literaturze rosyjskiej są dzieła, wyraźnie o potrzebie zdobycia tych prowincji mówiące, jest nawet mapa, na której wykreślono przyszłą, zachodnią granicę caratu od Słupia na Pomorzu do Ostrawy Morawskiej.

Jeżeli więc nie w każdej chwili, to w pewnych wypadkach wtedy, kiedy sprzeczność interesów państw zaborczych ostrzej się zaznacza, kwestia polska musi się znaleźć zawsze „na stołach mężów stanu i dyplomatów”, przynajmniej w Berlinie, Wiedniu i Petersburgu, a w Warszawie, Poznaniu, Krakowie i Lwowie zadawać sobie musimy pytanie: po której stronie stanąć mamy, z czyimi dążeniami i interesami łączyć powinniśmy w danych warunkach naszą sprawę.

Piękny to frazes, ale tylko frazes, że nasza sprawa z międzynarodową polityką dzisiejszą nie ma nic wspólnego, że wzajemnie się wyłączają, „bo nasza sprawa należy do kwestii z gruntu etycznych, podczas gdy etyka z dzisiejszej polityki międzynarodowej całkiem jest wykluczoną”.

Nasza sprawa dlatego właśnie, że jest z gruntu etyczną, musi walczyć z pozbawionymi wszelkiego podkładu moralnego dążeniami dzisiejszej polityki międzynarodowej, a więc ścierać się z niemi czynnie, nie zaś poprzestawać na biernym „nie sprzeciwianiu się złu” i wyczekiwaniu, dopóki brutalne i samolubne zapędy nie zniszczą się wzajemnie.

„Zupełna neutralność i lodowata oziębłość” może być właściwym określeniem zachowania się naszego nawet w zaborze pruskim w pewnych tylko warunkach. Na dzisiaj jest to zapewne wskazanie odpowiednie, ale tylko na dzisiaj, bo w polityce nie wolno być nigdy biernym.

P. Skarżyński twierdzi, że ponieważ ogólnej wojny „ani wywołać nie możemy, ani ją wywołać chcemy”, wiedząc, że na nas głównie spadnie jej ciężar bez żadnej rękojmi pomyślnego dla nas jej wyniku, więc „logiczną konsekwencją tych rozmyślań może być tylko liczenie się z faktycznym położeniem i pojmowanie naszej sprawy w obrębie trzech mocarstw, do których na czas nieograniczony w myśl panującego międzynarodowego systemu politycznego przyłączeni jesteśmy”. Sądzi więc, że tylko „sposób, w jaki ta myśl jasna i prosta przez rządy zaborcze i naszych polityków ugodowych wykładaną i narzucaną bywała, jest powodem, że w prostych i uczciwych, przy tym gorących masach przyjąć się nie mogła”. Tymczasem polityka ugodowa dlatego przede wszystkim nie może zyskać w społeczeństwie naszym silnej podstawy, że właśnie ogranicza politykę polską obrębem tego mocarstwa, w którem w danej chwili powstała, że zaleca lojalność względem każdego z nich i obraża pośrednio poczucie jedności interesów narodowych. Przykład Galicji dowodzi, że nie tylko porozumienie się z rządem jest możliwym, ale że nawet lojalizm względem dynastii i państwa godzi się w pewnej mierze z poczuciem patriotycznym, a godzi się dlatego, że – słusznie czy niesłusznie – zsolidaryzowano nasz interes narodowy z interesami monarchii austro-węgierskiej. Zboczenia naszej polityki narodowej odbywały się zawsze w kierunku rusofilstwa lub austrofilstwa. Najsurowiej sądząc te zboczenia, można je wszakże zrozumieć i, jeżeli nie usprawiedliwić, to wytłumaczyć. Logicznie przynajmniej nasza polityka narodowa, będąc austrofilską lub rusofilską, a nawet w wyjątkowych okolicznościach prusofilską, może pozostać narodową. Ale taka polityka ugodowa, która w każdym zaborze zaleca porozumienie się z państwem, solidaryzowanie naszych interesów i dążeń z jego interesami i dążeniami, przestaje być polską, jest tylko poznańską, galicyjską, warszawską, nie jest już „naszą sprawą” ogólną, tylko separatyzmem prowincjonalnym, zrywającym jedność narodową. Polityka ugodowa w zaborze pruskim zgrzeszyła nie tylko tym, że była miejscową odmianą wstrętnego uczuciom narodu trójlojalizmu, lecz i tym w dodatku, że prześlepiła niemożliwość zasadniczą pogodzenia naszych dążeń narodowych z dążeniami państwa pruskiego.

Zalecanie lojalnego stosunku do rządu, jako zasady obowiązującej bezwzględnie w każdym z trzech zaborów – to wspólny i główny błąd polityki ugodowej, błąd, który i p. Skarżyński zresztą zaznacza, wykazując, że ponieważ stosunek trzech rządów do narodowości polskiej jest bardzo rozmaity, więc i nasz stosunek do nich był, jest i będzie nierówny. Naszym zdaniem, stosunek rządu do narodowości polskiej nie może wyłącznie ani nawet przeważnie określić naszego postępowania politycznego, dla którego jedyną wskazówką powinien być nasz interes własny, dobro naszej sprawy, chociażby to wymagało nawet wyrzeczenia się korzyści doraźnych.

Zaznaczywszy, że odmienne pojmowanie patriotyzmu, wyłączność pruska uniemożliwia „prawdziwie ludzki modus vivendi pomiędzy Polakami i Niemcami”, p. Skarżyński wykazuje następnie, że „germanizacja i rusyfikacja to dwie siostry duchowe, dwa produkty pokrewnych duchów”. Oba państwa – Rosja i Prusy – powstały drogą podbojów, w obu przeważa „zmysł wojowniczy, zaborczy, organizacyjny, dorobkowy, nie znający żadnych względów dla nikogo i niczego, gdy chodzi o potęgę państwa i dynastii”.

Pociesza się jednak autor, że „obydwie rasy (słowiańska i germańska)” nie wytworzyły dotąd czystych produktów swego ducha, „że tak w duchu czysto słowiańskim, jak w duchu czysto germańskim leżą ideały jak największego poszanowania praw i wolności osobistej jednostek”. Wkraczając w dziedzinę „ducha” i „rasy”, schodzi p. Skarżyński nie tylko z naukowego, ale z realnego gruntu. Nauka nie zna wcale rasy słowiańskiej ani germańskiej, są tylko grupy językowe, słowiańska i germańska, są tylko kultury rosyjska, polska, pruska, niemiecka, które nazwać można wytworem ducha narodów, różniących się pochodzeniem i zorganizowanych pod działaniem odmiennych wpływów. Polityka liczyć się powinna z poczuciem pokrewieństwa szczepowego, bo dziś jest już ono czynnikiem realnym, jakkolwiek sztucznie wytworzonym zostało w dziedzinie literackiej, ale rozprawianie o wielkiej federacji słowiańskiej, którą kiedyś Rosja wytworzy, – to nawet nie „muzyka przyszłości”, to mrzonka, nie mająca w warunkach rzeczywistych żadnej podstawy. Solidarność ludów słowiańskich w Austrii lub na półwyspie bałkańskim opiera się na wspólności istotnej lub urojonej interesów wobec wspólnego wroga. Poza tym nie ma żadnego uzasadnienia i zajmowanie się tą mrzonką nie tylko nie pomaga pochwycić kierunku, w którym teraźniejszość płynie w przyszłości, ale właśnie fałszywie ten kierunek oznacza.

Te hazardowe wycieczki w krainę złudzeń politycznych, to lubowanie się „muzyką przyszłości” w której z powodu zbyt wielkiego jej oddalenia tonów zasadniczych odróżnić nie można, – niejednokrotnie przeszkadzają autorowi w ocenianiu warunków realnych i w wyciąganiu z nich odpowiednich wskazań praktycznych. Trafnie określa autor charakter monarchii pruskiej i caratu, uzasadnia, chociaż nie formułuje tego, że pomiędzy dążeniami tych państw a „naszą sprawą” nie może być żadnego kompromisu, dowodzi, że kiedyś musi nastąpić starcie pomiędzy Rosją a Niemcami, „zderzenie się tych dwóch olbrzymich sił przeciwległych”, które wtedy, według praw mechaniki elementarnej, potrzaskają się nawzajem. Następnie, jak gdyby przerażony możliwością takiej katastrofy, szuka uspokojenia w wymarzonej sielance i przewiduje nawet chwilę, kiedy „duch czysto germański” i „duch czysto słowiański” i obie rasy „w zgodzie będą mogły żyć obok siebie”.

W trzech ostatnich rozdziałach swej pracy rozbiera p. Skarżyński szczegółowo stosunek odłamów narodu polskiego do rządów zaborczych. Stosunek ten w zaborze austriackim uważa za normalny i dla narodowości naszej pomyślny, ale słusznie dowodzi, że wobec odmiennego postępowania rządu „inną trzeba marszrutę i instrukcję uznać za właściwą dla Polaków w zaborze rosyjskim i pruskim, niż dla Galicjan”. Tych odmiennych warunków nie uwzględniają ugodowcy, zalecając jednakową normę postępowania społeczeństwu naszemu we wszystkich zaborach i świadomie nawet fałszują prawdę historyczną, bo, jak zaznacza p. Skarżyński „nie można twierdzić, jakoby Polacy w Austrii samym swym zachowaniem się wobec państwa spowodowali byli to państwo do traktowania ich sprawiedliwie i życzliwie”. Ze sposobu, w jaki rozwija się nasza sprawa w Austrii, wynika pewnik niewzruszony, że pierwszym warunkiem znośnego stosunku ludności podbitej do państwa jest wola rządu, postanowienie uregulowania tego stosunku. Najlojalniejsze zachowanie się narodowości podbitej nie ustrzeże jej od prześladowania, jak dowodzą liczne przykłady. I to jest również pewnikiem niezbitym, że państwa zaborcze „póty nie chcą żadnego modus vivendi z narodowością podbitą, póki tego we własnym interesie nie potrzebują”. Przypomnienie tych prawd niewątpliwych naszemu społeczeństwu, skłonnemu do złudzeń ugodowych, nie jest nigdy zbytecznym.

Więcej realnej pracy w domu, w kraju, a mniej biurokracji zaleca autor Galicjanom, którym radzi też, żeby w Wiedniu nie zapominali, że są członkami wielkiej rodziny słowiańskiej. Na tę ostatnią radę zgodzić się można całkowicie, bo Austria istotnie musi być „szczerą i rzetelną federacją”. „Das Fortwursteln[3], które dotąd od lat 30 było alfą i omegą racji stanu monarchii austro-węgierskiej raz się urwie, a wtedy nastąpi katastrofa”. Zdaje się, że w tej chwili właśnie już się urwało i że nowe ukształtowanie stosunków politycznych i narodowych w Austrii jest koniecznym w bardzo bliskiej przyszłości.

Przyznaje p. Skarżyński, że carat jest „zmodernizowaną formą monarchii Dżingis-chana”, ale nie dzieli przekonania tych, którzy nie wierzą w wyższe zadania Rosji, jak podbijanie i pustoszenie. Wydaje mu się, że już dziś „rozróżnić można zarysy trzech wielkich formacji politycznych w przyszłości” – romańskiej, germańskiej i słowiańskiej, i wierzy, że carat rosyjski dokona zjednoczenia ludów słowiańskich w federacji, która „ideał stary polski zarysowany w unii Litwy i Rusi z Koroną na dobre zrealizuje”. Wielka i krwawa rozprawa Rosji ze światem germańskim i „dumnym Albionem” jest koniecznością dziejową. „Gdziekolwiek padną żelazne kostki losu, Polacy, jeżeli nie pogodzić się z caratem, to żyć pod nim muszą i nie potrzebują wątpić o lepszej wielkiej przyszłości wspólnej, na innych, ludzkich warunkach opartej”.

Podobne mrzonki – bo inaczej tych fantastycznych przewidywań przyszłości nazwać nie można – są dosyć powszechne wśród inteligencji polskiej w zaborze pruskim. Poczucie własnej niemocy i wypływająca z niego chęć oparcia się na czymś mocnym, potężnym, a zarazem zupełna nieznajomość Rosji i przecenianie jej siły – objaśniają dostatecznie rodowód tych dążeń i poglądów.

Schodząc z wyżyn fantazji na poziom stosunków realnych, p. Skarżyński zadaje pytanie: „Czy jest możliwym lub przynajmniej prawdopodobnym, żeby rząd carski w Rosji z własnej woli zamiast, jak od lat 30, chcieć rusyfikować Polaków zechciał się po ojcowsku narodowością polską zaopiekować? A po drugie, czy mógłby car we własnym swym dynastycznym interesie i w interesie całego państwa wejść na takie odmienne tory w swej polityce względem Polaków?” Bo tylko w tych dwóch wypadkach może być mowa o jakimś znośnym modus vivendi, „żadne bizantyńskie czołobitności i pokłony ze strony Polaków takiego zwrotu jednostronnie sprowadzić nie mogą”.

Odpowiedź na oba powyższe pytania wypada twierdząco, dlatego niewątpliwie, że autor nie zna dokładnie ani dziejów panowania rosyjskiego w Polsce, ani usposobienia społeczeństwa rosyjskiego. Gdyby znał pierwsze, nie twierdziłby z taką pewnością, jak to czyni, że „trzej carowie (zapewne Paweł, Aleksander I i II) dawniej weszli na te tory” (pojednania z Polakami). O jednym Pawle, który był zresztą, jeżeli nie szaleńcem, to wielkim dziwakiem, można powiedzieć, że chciał w ciągu krótkich swych rządów zjednać sobie Polaków. Polityka rusyfikacyjna trwa nie od 30, ale od 70 lat przynajmniej i krótki okres rządów Wielopolskiego nie był odstąpieniem od niej, bo ówczesne ulgi dla Polaków, – podobnie jak postępowanie Aleksandra I, wynikały w znacznej mierze ze zobowiązań międzynarodowych i stały w ścisłym związku z reformami liberalnymi w całym państwie. Taki zaś argument, że Rosją może dziś zrobić ustępstwa Polakom, bo nie ma powodu obawiać się nowego powstania, jest po prostu naiwnym. Sam p. Skarżyński słusznie zaznaczył, że takie państwo, jak Rosją, dopóty nie chce żadnego kompromisu z narodowością podbitą, dopóki go we własnym interesie nie potrzebuje. Sam pan Skarżyński wspomina o „parę razy już drukowanych w Berlinie” (a może i we Wiedniu, i w Londynie) manifestach do narodu polskiego na wypadek wojny, co dowodzi, że w pewnych warunkach powstanie byłoby zupełnie możliwym i że nie tylko z kijami szliby Polacy na „odtylcowe karabiny repetierowe”, wyćwiczeni dobrze wskutek powszechnej dziś służby wojskowej. Zresztą, jeżeli jest wielkim błędem ze strony Niemców, że nie dbają o zabezpieczenie swojej granicy wschodniej to i Rosji chodzi zapewne o zabezpieczenie granicy zachodniej. Jedynie tylko obawa wzrostu dążeń rewolucyjnych wśród Polaków i wymagania polityki międzynarodowej skłonić mogą rząd rosyjski do pewnych ustępstw. Polacy w cesarstwie rosyjskim- jak chce p. Skarżyński – nie powinni utrudniać tego kompromisu, ale powinni dobrze rozróżniać pobudki strony przeciwnej i rozumieć, że jeżeli coś dostajemy, to nie ze względu na naszą lojalność, ale dlatego, że przedstawiamy pewną siłę, której Rosja się obawia lub której potrzebuje.

Ze streszczenia poglądów p. Skarżyńskiego wiemy już, jak zapatruje się na stan sprawy naszej w zaborze pruskim, jakie będą jego wskazania praktyczne. Pod nagłówkim rozdziału, traktującego o polityce polskiej w zaborze pruskim, umieścił godło: lasciate ogni speranza[4]. Nie dlatego jednak, żeby o naszej sprawie w zaborze pruskim zwątpił, ale dlatego, że nie widzi możności pogodzenia wymagań dzisiejszego państwa pruskiego z dążeniami narodowości polskiej. Ani bezpieczeństwa prawnego, ani dobrobytu materialnego państwo pruskie ludności polskiej nie daje, dać nie chce. Ci, co są odmiennego zdania, łudzą się „pozorami cywilizacyjnymi i wyrafinowaniem kulturnym”, zmierzającym w gruncie rzeczy do wynarodowienia i zniszczenia żywiołu polskiego. Trzymilionowy odłam narodu naszego uległby zagładzie, gdyby nie opierał się na kilkunastu milionach Polaków w Galicji i zaborze rosyjskim.

Szczegółowo wykazuje p. Skarżyński naiwność i bezpodstawność tzw. polityki ugodowej. „Jakże można było przypuszczać – powiada – że od 100 lat z żelazną konsekwencją i zupełną bezwzględnością przeprowadzana germanizacja, która w ręce Niemców oddała wszystkie płatne urzędy w dzielnicach polskich, która większą część ziemi rozmaitymi sposobami z rąk polskich w ręce niemieckie przeprowadziła, która język polski wyrzuciła z urzędów, z sądów, ze szkoły,- naraz, przez noc, przez jedno sic volo sic iubeo[5] cesarskie zmienić się miała na zrównanie polskich z niemieckimi poddanymi, na opiekę rządu dla narodowości polskiej. Żaden król pruski nie byłby w stanie takiego radykalnego i zasadniczego zwrotu w polityce pruskiej względem Polaków dokonać”.

I żaden car rosyjski – dodamy – w zupełnie podobnych warunkach dokonać tego nie może, chociaż p. Skarżyński, stosując podwójną miarę, sądzi inaczej. Broszura, wydana niedawno w Berlinie pt. „Echa protestu”, będąca poniekąd uzupełnieniem, w części zaś krytyką poglądów p. Skarżyńskiego, stwierdza, że jednak drobne ustępstwa były możliwe, ale, „sprawdziwszy po kupiecku rachunki ugodowców”, wykazuje, że byli oni lichymi handlarzami, bo w zamian dali znacznie więcej, niż należało.

Politycy zawodowi twierdzą, że komedia ugodowa nic nas nie kosztowała. „Lecz czy nie mylą się ci – pyta autor wyżej wymienionej broszury – że frazesy, które ludziom inteligentnym przejść przez usta nie chciały, nic nas nie kosztują? Czy nie dostały się pod poddasza i strychy, czy nie niosły ludowi trucizny moralnej? Czy lud ten nie brał frazesów za prawdę? W jego sercu zrobiła się nagle jakby wielka próżnia, ujrzał tłumną ucieczkę z pod sztandaru narodowego, bo finezji, politycznego wyrachowania nie dostrzegł i zwątpić mógł o dobrej sprawie. Każdy frazes, którymi tak lekkomyślnie szafowano w owych czasach, gdy na świat przychodzili tylko po polsku mówiący Prusacy nie zaś Polacy, każdy frazes trafiał, jak dobrze wymierzony pocisk, w poczucie narodowe naszego prostego ludu, który na rachubie politycznej się nie zna. Każdy z tych frazesów niszczył zasoby ducha narodowego u samych jego podstaw, był trucizną, która szła w pokolenia...”

To był główny błąd poznańskich, jak wszelkich innych ugodowców. „Oni liczyli się tylko z inteligencją czy szlachtą, która frazesami ugodowymi struć się nie mogła, a licząc się z jedną tylko warstwą społeczną, zapomnieli o tym, że podtrzymanie ducha polskiego w ludzie jest Obowiązkiem, który mieli wypełnić a nie wypełnili”.

„I każda polityka – zaznacza bezimienny autor – która cel ten z oczu straci, jest fałszywą i błędną; tu jest początek i koniec każdej polityki”. „Jest to wielki kapitał moralny, nagromadzony w ciągu 100 lat z górą – mówi p. Skarżyński, – a z takim spadkiem nawet w łachmanach rodzić się mogą bohaterzy”.

„Echa protestu” uzupełniają i jasno, logicznie tłumaczą najważniejsze poglądy autora „Naszej sprawy”, w tych zaś punktach, w których rozchodzą się z jego wskazaniami praktycznymi, bezwarunkowo przyznać im należy słuszność.

Ogólnikowo tylko p. Skarżyński, potępiwszy zgubną działalność polityków ugodowych, zaznacza, że „na szczęście nasza sprawa szczególniej w prostych sercach niższych warstw narodu znalazła bezpieczne schronieniem Uczucie i idea narodowa, jak brylant najczystszej wody w głębokich pokładach i twardej skorupie, przechowały się czyste i pełne ognia w sercu chłopa i małomieszczanina”. Ma on zresztą nadzieję, że i „szlachta polska, która w zaborze pruskim piękną zapisała kartę w dziejach porozbiorowych, pomimo błędów popełnionych i chwilowych zboczeń, kartę tę dopisze, póki ostatniemu jej reprezentantowi rylec z mdlejącej nie wypadnie ręki”.

„Ściśle legalna, wytrwała, niczym niezachwiana obrona wiary, języka, obyczaju i dobrego imienia odziedziczonego po przodkach, równie twarda i ciągła praca około przyrobienia mienia... opromienione blaskiem szlachetnego celu i uczciwych środków – oto jedyny polityczny program, jaki mamy do wypełnienia dla naszej sprawy w zaborze pruskim”.

Nie jest to program, nie jest to wskazanie praktyczne, ale raczej nauka moralna, którą p. Skarżyński kończy swoją pracę. Właściwy program polityki praktycznej ogłosił już przed kilkunastu laty, kiedy starał się o mandat poselski. Żądał wówczas, żeby koło polskie prowadziło „politykę pozytywną, praktyczną, rozumną, opartą na szerszej zasadniczej podstawie, niż dotychczasowa” (bezwzględny protest formalny). Program swój streścił p. Skarżyński w 6 punktach, które obecnie powtarza. Były to żądania:

  1. żeby Koło polskie brało udział w komisjach parlamentarnych (ten jeden punkt został zrealizowany);
  2. większej jawności działania posłów wobec kraju;
  3. powiększenia władzy dyscyplinarnej prezesa Koła, tj. karności organizacyjnej;
  4. zaznaczenia na początku każdej kadencji naszego stanowiska prawno-politycznego, naszych praw, zagwarantowanych traktatami wiedeńskimi i przyrzeczeniami królów pruskich i protestu przeciwko wcieleniu ziem polskich do cesarstwa oraz wytłumaczenia, dlaczego pomimo to posłowie polscy biorą czynny udział w rozprawach i komisjach;
  5. pracowania w izbie i komisjach i przemawiania we wszystkich sprawach, które bezpośrednio lub pośrednio dotyczą naszych interesów kościelnych, prawnych, politycznych, społecznych i ekonomicznych;
  6. gruntownego wyleczenia się z „wszelkich gimnazjalnych pseudoliberalizmów na wpół semickich” i stanowczego występowania w obronie interesów naszego rolnictwa, przemysłu i rzemiosła, na których opiera się nasz byt materialny, a z nim i narodowy.

Autor „Echa protestu” krytykuje te postulaty, które „mają tylko wygląd programowy i nie dają odpowiedzi na najważniejsze zagadnienia naszego życia publicznego w zaborze pruskim. Dowodzi on przekonywająco, że nasza polityka narodowa:

  1. powinna mieć na celu szerzenie świadomości praw narodowych w najszerszych warstwach społecznych, a z tego powodu musi być opozycyjna;
  2. mając na celu zgromadzenie jak najszerszych warstw społecznych pod sztandarem narodowym, program polityki naszej odpowiadać musi interesom ekonomicznym naszych warstw średnich i najniższych

Rozwijając pierwszy punkt tego programu, autor bezimienny wygłasza poglądy, które niejednokrotnie w piśmie naszym uzasadniliśmy (np. w artykule p. B. Ostoi), mianowicie, że Koło polskie powinno brać czynny udział w życiu parlamentarnym i „nie tracąc swej indywidualności, zawiązać stosunki ze wszystkimi stronnictwami, które dziś stoją w opozycji”. „Walka, którą prowadzimy, powinna być walką nie tylko o nasze prawa, lecz o prawa, które się poddanym pruskim na mocy konstytucji należące. Takie postępowanie dowodzić będzie, że nie żądamy jakichś ustępstw, ale upominamy się o swoje prawa”. „Ekonomiczny nasz program – mówi bezimienny autor – powinien być raczej zastosowany w pierwszej linii do potrzeb tych średnich i niższych warstw ludności, o których wykształcenie polityczne przede wszystkim chodzi”. Trzeba, żeby wiedziały one, iż posłowie bronią nie tylko ich narodowości, ale również ich interesów społecznych i ekonomicznych. Wyborca polski szedłby do głosowania z podwójnym zapałem, gdyby wiedział, że program Koła zawiera:

  1. popieranie drobnej i najdrobniejszej własności ziemskiej;
  2. popieranie reformy społecznej, dążącej do zapewnienia robotnikom znośnego bytu. Nasza polityka narodowa opiera się głównie na ludzie, więc obrona jego interesów musi być naczelną jej zasadą.

Na program wyłożony w broszurze „Echa protestu” zgodzilibyśmy się niemal bez zastrzeżeń, które dotyczyłyby zresztą raczej uzasadnienia jego postulatów, niż ostatecznych wyników. Dużo wspólnego ma ten program z jednej strony – z programem Orędownika[6], z drugiej – z poglądami p. Skarżyńskiego. Zaznaczamy to z naciskiem, bo jeżeli w kilku pismach i broszurach, w głowach kilku ludzi, zajmujących się sprawami publicznymi, a nie mających z sobą łączności bezpośredniej lub zgoła żadnej, z badania warunków współczesnych i zastanawiania się nad nimi powstaje program w głównych, zasadniczych punktach zgodny – to widocznie ten program jest ujęciem i sformułowaniem koniecznych wymagań rozwoju naszych stosunków narodowych i społecznych w zaborze pruskim.

Przegląd Wszechpolski, 1897


Tekst został opublikowany także w książce Jan Ludwik Popławski - Pisma polityczne


[1] Witold Skarżyński (1850-1910) – polski ekonomista i polityk. W latach 1881-1884 oraz 1903-1910 poseł do Reichstagu Cesarstwa Niemieckiego. Członek zarządu polskiego Centralnego Towarzystwa Gospodarczego i Towarzystwa Naukowego.
[2] Juste milieu – (fra.) – „Złoty środek”
[3] Das Fortwursteln – (niem.) „poddawanie się”
[4] lasciate ogni speranza (,voi ch’entete) – [wł.] – „porzućcie wszelka nadzieję (,wy, którzy tu wchodzicie)”. Napis Nad bramą piekielną w Boskiej Komedii Dante’go.
[5] sic volo sic iubeo – (łac.) „tak chcę, tak rozkazuję”
[6] Orędownik – polski dziennik wychodzący w Poznaniu w latach 1871-1939. Pismo broniło polskich racji narodowych i zasad moralnych religii katolickiej, dążyło także do przełamania roli ziemiaństwa w życiu politycznym Wielkiego Księstwa Poznańskiego. Na początku XX wieku stało się organem prasowym Narodowej Demokracji.

Inne publikacje autora Wszystkie artykuły