Jan Ludwik Popławski - Bałamuctwo polityczne

Opinia publiczna, o ile wyrazem jej jest prasa nasza, nie zrozumiała znaczenia wojny japońsko-rosyjskiej i naturalnie zdobyć się nie mogła na samodzielny sąd o tym ważnym, dziejowym wypadku i prawdopodobnych jego skutkach.

Od lat kilku wyrażaliśmy niejednokrotnie zdanie, że w miarę rozszerzania się polityki międzynarodowej, która z europejskiej staje się coraz bardziej wszechświatową, i komplikowania się jej zadań, sprawy odległe, uważane za obce i egzotyczne, mogą mieć donioślejsze, aczkolwiek pośrednie dla stosunków naszych znaczenie, niż sprawy terytorialnie dość nam bliskie. Trzy czy nawet cztery lata temu pisałem w „Przeglądzie Wszechpolskim”, że polityka Japonii lub Chin więcej nas obchodzić powinna niż polityka Francji lub Włoch. Niedawno jeszcze, kiedyś my w organach naszych zaznaczyli, że stosunek Japonii do Rosji oddziałać musi na dalszy rozwój sprawy polskiej, wygłoszenie tego poglądu dało powód do drwin tanich na lemat sojuszu japońsko-polskiego.

Rira bien qui rira le dernier[1]. Dziś wszyscy ci rutynowani politycy, którzy o Japonii tyle wiedzieli, że są w niej „gejsze” i głośni na Zachodzie artyści, przekonali się dowodnie, że walka Japonii z Rosją nie tylko żywo nas obchodzi, ale wywrzeć może wpływ doniosły na ukształtowanie się naszych stosunków. Od początku wojny ogół polski instynktownie to odczuł i ten głos instynktu był trafniejszy niż rozumowania polityków rutynistów.

I oni jednak musieli zająć jakieś stanowisko wobec toczącej się wojny. Nie przygotowani do wydawania sądu o sprawach, nad którymi nie zastanawiali się wcale, wymyślili na poczekaniu twierdzenie, które następnie głosić zaczęli jako pewnik, że porażka Rosji na Wschodzie Azjatyckim – to wzmocnienie przewagi Niemiec w Europie.

Ten koncept wyszedł z obozu ugodowców warszawskich i jest w duchu ich poglądów politycznych pomyślany. Równocześnie jednak podjął go „Czas” i zaczął nie tylko poważnie uzasadniać, ale i wyciągać z niego wnioski praktyczne.

Chodziło już nie o usprawiedliwienie, ale o otoczenie blaskiem rozumu politycznego i przezornego patriotyzmu akcji wiernopoddańczej, nieśmiało zainicjowanej w Królestwie. Chodziło o wytworzenie przychylnego dla Rosji nastroju opinii publicznej, bo juści naiwniejsi nawet nie myśleli, że solidaryzowanie się nasze, przeważnie platoniczne, z Rosją, zapobiec może wzmocnieniu stanowiska Niemiec, gdyby to wzmocnienie wskutek zwycięstw Japończyków nastąpić musiało.

Nasze społeczeństwo jest i niewyrobione, i naiwne politycznie. Pogląd, że klęska Rosji – to wzmocnienie polityczne Niemiec, znalazł wielu wyznawców. Wprawdzie zamysłom ugodowców i moskalofilów warszawsko-petersburskich nie dopomógł, ale wytworzyło się nowe bałamuctwo, przeszkadzające wyklarowaniu się naszej myśli politycznej.

Z tego powodu należy ten pogląd bałamutny szczegółowo rozebrać, jakkolwiek fakty bardzo prędko kłam mu zadały.

Pogląd, że klęska Rosji to wzmocnienie Niemiec, powstał na gruncie fałszywego założenia, że między tymi dwoma państwami istnieje zasadnicza, wyraźna sprzeczność interesów. Zdawałoby się istotnie, że pomiędzy dwoma mocarstwami, dążącymi do ekspansji terytorialnej, z tradycji i charakteru narodowego zaborczymi a sąsiadującymi ze sobą, musi powstać antagonizm. Powinien on się ujawnić na obszarze rozdzielającym dwa państwa, na terytorium polskim. I niewątpliwie dawno by się ujawnił, gdyby nie nasza żywotność, gdyby nie nasza niezwykła odporność narodowa. Ziemie polskie, należące do Prus i Rosji nie zostały dotychczas przez te państwa zasymilowane narodowo lub bodaj politycznie.

Dopóki zaś istnienie i, co więcej, rozwój żywiołu polskiego, wzrost jego siły i zarazem odporność jest dla obu tych państw nie tylko kłopotem, ale niewątpliwie poważnym niebezpieczeństwem, dopóty nie wystąpi wyraźnie przeciwieństwo między niemi. Owszem, interes wspólny, jak tego historia ubiegłego stulecia dowodzi, wytwarza między dwoma sąsiednimi państwami solidarność działania na gruncie sprawy polskiej, solidarność dążeń do pochłonięcia i zasymilowania żywiołu polskiego.

W innych sprawach, ważnych dla obu państw, nie ma wyraźnej lub przynajmniej ostrej sprzeczności ich interesów.

Natomiast między Niemcami i Rosją istnieje od pewnego czasu współzawodnictwo. Oba państwa dążą do hegemonii w polityce europejskiej, a nawet w polityce wszechświatowej. To współzawodnictwo mogłoby zaostrzyć stosunek między niemi a nawet doprowadzić do walki. I były w ciągu ostatnich dwudziestu lat chwile, kiedy zdawało się, że Rosja i Niemcy zetrą się zbrojnie ze sobą. Ale walka nie dochodziła do skutku z braku realnego celu. Ani Rosja, ani Niemcy, przynajmniej obecnie, nie pragną nabytków polskich, a rozumieją, że konieczne na wypadek wojny poruszanie sprawy polskiej grozi jednej i drugiej stronie poważnym niebezpieczeństwem.

Gdyby nawet istniało przeciwieństwo dążeń i interesów między Rosją i Niemcami, to jakaż korzyść może mieć dla nas utrzymanie równowagi sił między tymi państwami, skoro oba są zarówno nam wrogie? Czy to naruszenie równowagi osłabi przeciwieństwo, które można by niewątpliwie w pewnych warunkach dla naszych celów narodowych wyzyskać? Przeciwnie, naruszenie równowagi sił mogłoby tylko zaostrzyć stosunek wzajemny Rosji i Niemiec, mogłoby Niemcy skłonić do rzucenia się na Rosję, mogłoby skłonić Rosję do szukania na Zachodzie kompensaty strat, poniesionych na Wschodzie.

Mamy dwóch wrogów mniej więcej jednakowo niebezpiecznych i jednakowo potężnych. Czy osłabienie jednego z nich zwiększa siły drugiego w stosunku do nas? Bynajmniej, zmienia się tylko stosunek potęgi Niemiec do naszej siły. Niemcy są silniejsze wobec osłabionego sąsiada, ale siły im nie przybyło. Wzmocnienie względne ich potęgi państwowej wtedy tylko byłoby dla nas niebezpiecznym, gdyby rząd pruski w swej polityce polskiej liczył się z Rosją, hamował się w swym postępowaniu ze względu na nią. Ale polityka polska rządu pruskiego ani z Rosją, ani z opinią Europy nie liczy się wcale. Czy Niemcy będą słabsze czy silniejsze, nikt się nie ujmie za nami, nikt nie poruszy sprawy polskiej, jeżeli nie będzie miał w tym własnego interesu.

Raczej spodziewać się można, że wzmocnienie potęgi Niemiec, gdyby istotnie wskutek klęsk Rosji w wojnie z Japonią nastąpiło – wywołałoby, a raczej przyspieszyło stanowczą rozprawę z niemi tych państw, których interesy polityczne i handlowe wykazują sprzeczność zasadniczą z interesami niemieckimi. Takim państwem nie jest bynajmniej Francja, na której stosunek do Niemiec wywrzeć by mogło wpływ osłabienie Rosji, ale jest przede wszystkim Anglia. Otóż jeżeli Anglia w stosunku swym do Niemiec była dotychczas krępowaną, to głównie ze względu na Rosję. Między Anglią i Rosją istnieje również przeciwieństwo interesów i na walkę z dwiema takimi potęgami nie może się Anglia lekkomyślnie decydować. Osłabienie Rosji w Azji ułatwia porozumienie się jej z Anglią lub przynajmniej zapewnia neutralne zachowanie się Rosji w sporze angielsko- niemieckim.

Tego nie trzeba dowodzić, że osłabienie Rosji, rozluźniając z konieczności ucisk krępujący nasz rozwój, wzmocniłoby siły nasze. I wzmocniłoby nie tylko w zaborze rosyjskim, ale pośrednio i w dwóch innych dzielnicach. Chociażby więc nawet klęski Rosji zwiększyły znaczenie Niemiec w polityce europejskiej, nasze stanowisko wobec Prus w rezultacie tych klęsk okazałoby się pewniejszym.

Wszystko to są rzeczy takie proste i jasne, że wstyd je doprawdy powtarzać i dowodzić, że osłabienie jednego z dwóch równie dla nas niebezpiecznych wrogów musi być w każdym wypadku korzystnym. Ci wszyscy, którzy głoszą lub nie mówiąc tego głośno, po cichu lękają się, że osłabienie Rosji wzmocni Prusy, uważają Rosję, często nie zdając sobie sprawy, że dziś lub przynajmniej w przyszłości, za sojusznika naszego w walce z Niemcami. Tylko bałamucenie się tą nieopartą na żadnej podstawie nadzieją może logicznie usprawiedliwić zdanie, że klęska Rosji jest dla nas szkodliwą, bo wzmacnia Prusy.

W dosyć szerokich kołach w Królestwie istnieje przekonanie, że Prusy pragną zaboru tej dzielnicy, i czyhają tylko na sposobną chwilę, żeby zdobycz upatrzoną pochwycić. Zapomina się o tym, że taką sposobność niejednokrotnie Prusy miały, a jednak nie kwapiły się z niej skorzystać. Doskonała sposobność nastręczała się im podczas wojny rosyjsko-tureckiej w r. 1877 i 1878. Cesarstwo niemieckie było wówczas stosunkowo potężniejszym niż dzisiaj. Francja niedawno rozgromiona nie mogłaby mu przeszkadzać, Anglia byłaby przychylnie przyjęła wystąpienie Prus przeciw Rosji, Austria skorzystałaby z niego dla przeprowadzenia swoich planów na półwyspie bałkańskim z Rosją, która z Turcją nie mogła sobie poradzić, niezdolna była do oporu. Królestwo było niemal zupełnie ogołocone z wojsk, ludność polska w ówczesnym jej nastroju chętnie powitałaby nowych panów.

Jeżeli wówczas, kiedy polityką zagraniczną Niemiec kierował zuchwały i bezwzględny mąż stanu, nie zdecydowały się one na zabór Królestwa, to widocznie nie leżało to w ich planach. Ro gdyby nawet te plany były obliczone na dalszą przyszłość, tak niezwykle pomyślna sposobność nakazywałaby je przyśpieszyć.

I później, jak już wspomniałem, sposobność do zwycięskiej walki z Rosją i zaboru Królestwa nieraz się Niemcom nastręczała. Jeżeli z niej nie korzystano, to tylko dla tego, że Niemcy nie chcą, bo obawiają się zaboru ziem polskich, należących do Rosji, a prowadzenie wojny bez celu, bez uzyskania nabytków terytorialnych byłoby niedorzecznym.

Prusy nosiły się z myślą uzyskania części Królestwa dla wyprostowania swoich niekorzystnych na wschodzie granic, dla uzyskania tzw. knesebekowskiej granicy[2]. Ale dlatego nie zaryzykują wojny z Rosją nawet osłabioną.

Wydaje mi się bardzo trafnym przypuszczenie, że przewidywania kierowników polityki niemieckiej, iż współzawodnictwo Niemiec z Rosją przerodzić się musi kiedyś w otwarty antagonizm i doprowadzić do walki między tymi państwami, że to przewidywanie nakazywało im dążyć do gwałtownej germanizacji ziem polskich w państwie pruskim. Bismarck sądził, że nie krępując się w wyborze środków i nie szczędząc nakładów można przyśpieszyć zasymilowanie tych prowincji. Wydalono więc obcych poddanych Polaków, stworzono komisję kolonizacyjną, usunięto ze szkoły i z życia publicznego język polski. Taka była geneza dzisiejszej polityki antypolskiej. Łudzono się przy jej inaugurowaniu nadzieją, że zasymilowanie przez Prusy prowincji polskich rychło nastąpi, a wtedy będzie można pomyśleć o rozszerzeniu granic na wschodzie.

Gdy ta nadzieja okazała się zawodną wskutek niezwykłej odporności żywiołu polskiego w zaborze pruskim, gdy następnie zawiodły nawet próby polityki ugodowej, trój- przymierze, które powstało pod egidą Niemiec, jako kombinacja polityczna wymierzona przeciw Rosji, straciło dla nich główne znaczenie. Istniało ono nadal, bo sojusz nie kosztuje, a zabezpiecza biorące w nim udział państwo od możliwych wypadków. Dla Niemiec ma zresztą o tyle wartość, że je zabezpiecza od Francji i trzyma jakby w szachu Włochy i Austrię, utrudniając im udział w innych kombinacjach. Jednakże już od kilkunastu lat Niemcy, zrazu po cichu, następnie jawnie zaczęły zbliżać się do Rosji. W ostatnich czasach trójprzymierze poczęło się wyraźnie rozluźniać, a na widnokręgu polityki europejskiej ukazały się nowe, jeszcze nie skonsolidowane ostatecznie kombinacje.

Obecnie w polityce europejskiej nie ma żadnego takiego stałego układu stosunków międzypaństwowych, jakim było niewątpliwie kilkanaście lat temu trój przymierze. Nawet sojusz rosyjsko-francuski nie ma charakteru stałej kombinacji politycznej. Powstają, a raczej wykluwają się dopiero nowe związki, ugody, porozumienia.

Wojna rosyjsko-japońska niechybnie przyspieszy rozkład dawnych kombinacji politycznych i powstanie nowych.

Ugoda francusko-angielska, włosko-francuska, porozumienie się Austrii z Włochami nie oznaczają jeszcze wytworzenia się nowych politycznych kombinacji, ale są dowodem podejmowanych w tym celu prób i usiłowań.

Otóż we wszystkich tych ostatnich ugodach i porozumieniach Niemcy nie biorą udziału bezpośrednio, ani pośrednio nie są brane w rachubę. Wyjątek stanowi ugoda francusko-angielska, która jednak w pewnej mierze przeciw Niemcom jest wymierzona.

Otóż stanowisko Niemiec w polityce europejskiej nie tylko nie zostało wzmocnione, ale jest niewątpliwie osłabione. Niemcy są dziś odosobnione, a nie jest to owa splendid isolation[3], na jaką mogła sobie przez czas dłuższy pozwalać Anglia, dzięki swemu położeniu geograficznemu i swym olbrzymim koloniom. Odosobnienie Niemiec jest dla nich przykrym i niebezpiecznym, tym przykrzejszym, że usilnie i nieraz nawet natrętnie szukały pożądanych dla siebie sojuszów (próby Wilhelma II w Anglii, Stanach Zjednoczonych i we Francji), tym niebezpieczniejszym, że widoczny udział w nowym kształtowaniu się stosunków międzypaństwowych bierze Anglia, której interesy sprzeczne są z niemieckimi i ta sprzeczność coraz silniej występuje.

Niezależna i opozycyjna prasa niemiecka nie ukrywa tego odosobnienia politycznego swej ojczyzny, angielska zaś i francuska bardzo wyraźnie je podkreśla.

Osłabienie więc stanowiska Rosji bynajmniej nie wzmocniło stanowiska Niemiec, jak przewidywali politycy ugodowi i stańczykowscy. Owszem, można by raczej powiedzieć, że osłabienie wpływów i powagi Rosji wywołało raczej osłabienie wpływów i powagi Niemiec. To drugie twierdzenie nie jest bynajmniej tak paradoksalne, jak się na pozór wydawać może. Wielkie i mniejsze państwa europejskie są dziś na ogół politycznie bierne, nie mają żadnych aspiracji zaborczych ani dążeń do innego ukształtowania stosunków terytorialnych, najważniejszą ich troską jest utrzymanie istniejącego stanu rzeczy. Politycznie czynnymi są właściwie tylko Rosja i Anglia i w pewnej mierze, w zakresie spraw kolonialnych, usiłują być Niemcy. Anglia w swej roli czynnej potęgi politycznej głównie liczyć się musi z antagonizmem jej interesów z interesami Rosji i Niemiec. Osłabienie

Rosji pozwala jej na załatwienie rachunków z Niemcami, a nawet na stanowcze rozprawienie się z niebezpiecznym dla niej nie tyle politycznym, ile handlowym współzawodnictwem tego mocarstwa.

Rozumieją to kierownicy polityki niemieckiej i dlatego teraz tak usilnie zabiegają o przyjaźń rosyjską, sądząc, że okazywaniem sympatii w nieszczęściu a nawet konkretnych usług zdołają zaskarbić ją sobie na przyszłość. Wojna rosyjsko-japońska nie spowodowała więc wcale wzmocnienia stanowiska politycznego Niemiec, ale wywołała zbliżenie się ich do Rosji. Zwycięstwo Rosji nad Japonią utrwaliłoby i umocniłoby ten związek na czas długi.

Porażka Rosji daje nam w zysku politycznym osłabienie przynajmniej jednego niebezpiecznego wroga, a w dalszej perspektywie może i drugiego. Natomiast zwycięstwo Rosji grozi nam sojuszem obu wrogów i wzmożeniem się ich wpływów politycznych. A co ten sojusz znaczy – dzieje naszej ojczyzny od pierwszego rozbioru dostatecznie nas pouczają. Ale pouczają nas również, że i opieranie nadziei na antagonizmie między Rosją i Prusami jest dla nas bardzo niebezpiecznym.


 Tekst został opublikowany także w książce Jan Ludwik Popławski - Pisma polityczne


[1] Rira bien qui rira le dernier (fr.) ‘ten się śmieje, kto się śmieje ostatni’
[2] W 1813 roku (po zajęciu Księstwa Warszawskiego przez Rosję) generał pruski Karl Friedrich von dem Knesebeck wydał memoriał, w którym postulował przesuniecie wschodniej granicy Prus na linię rzek Pilica-Wisła-Narew-Niemen.
[3] Spelndind isolation (ang.) ‘wspaniała izolacja’ – określenie użwane w stosunku do polityki Wielkiej Brytanii od pokoju paryskiego w 1815 roku aż do początków XX wieku. W okresie tym Wielka Brytania nie wchodziła w stałe sojusze z państwami europejskimi, zadawalając się utrzymywanie równowagi sił w Europie i rozwojem własnego imperium kolonialnego.

Inne publikacje autora Wszystkie artykuły