Henryk Sienkiewicz - Zjednoczenie Narodowe

Tekst dostępny jest także w formie audiobooka. Pobierz


Ucichło w prasie warszawskiej o koncentracji. Dzienniki, które przed niedawnym czasem poświęcały przez szereg dni artykuły wstępne sprawie porozumienia się stronnictw patriotycznych, umilkły, i umilkli ludzie, którym najbardziej o to chodziło. Czy przyczyną tego jest poniechanie samej myśli, czy rozbicie się jej o nieprzezwyciężone przeszkody, lub wreszcie nasza niezdolność przetwarzania w czyny dobrych chęci – niedaleka przyszłość na to odpowie. Gdyby jednak krzyżyk miał być stanowczo położony na tych wszystkich zamiarach i usiłowaniach, stałaby się szkoda, i wielka odpowiedzialność obciążyłaby tych, którzy się do tego przyczynili. Ale może to tylko przerwa w układach. Chodzi o rzeczy zbyt ważne, by mogły służyć jedynie jako temat do akademickich rozpraw. Co do mnie przynajmniej, uważam porozumienie się stronnictw, stojących na polskim gruncie narodowym, za akt wielkiej wagi zarówno politycznej, jak społecznej i dlatego poruszam sprawę na nowo.

Stronnictwa muszą istnieć, albowiem stan przeciwny byłby możliwy tylko wobec ogólnej bezmyślności. Nikt też nie będzie się starał o zaprowadzenie jednego pasterza i jednej owczarni. Natomiast stronnictwa, bez względu na dzielące je różnice i barwy, mogą w pewnych doniosłych chwilach działać nie tylko w sposób zgodny i jednolity, ale wspólnie zorganizowany, a powinny działać tak zawsze w czasach wielkich grożących narodowi niebezpieczeństw i wobec olbrzymich zadań, które z natury rzeczy wymagają solidarności.

Mogłyby nasze patriotyczne stronnictwa wyodrębnić się i różniczkować, gdybyśmy już mieli autonomię i sejm krajowy. Wówczas znalazłyby istotnie realny grunt pod nogami. Obecnie są one poniekąd podobne do naczyń, które przyszłość dopiero wypełni treścią różnorodną, to wszystko bowiem, co już dziś jest treścią, a przy tym treścią ogromnej wagi, wymaga nie wyodrębniania się, ale przeciwnie, wzajemnego porozumienia się i zjednoczenia wszelkich wysiłków. Więc naprzód wysuwa się sprawa wyborów do przyszłej Dumy Państwowej. Niewątpliwie nie jest ona najważniejszym z czekających społeczeństwo zadań.

Spodziewać się zbyt wiele od parlamentów rosyjskich, lub od rządu, byłoby to zapoznawać rzeczywistość. Dużo jeszcze wody upłynie, nim w Rosji zrozumieją, że znaczenie takich narodowych kwestii, jak gruzińska, żydowska, tatarska, lub nawet finlandzka, jakkolwiek samo w sobie ważne maleje jednak wielce w porównaniu z olbrzymim znaczeniem kwestii polskiej. Dużo wody upłynie, nim zamroczony przez wieki niewoli zmysł polityczny rosyjski rozezna i pomiarkuje, że, jeśli dwa największe narody słowiańskie mają żyć pod wspólnym państwowym dachem, to wówczas tylko będą żyły pomyślnie, jeśli jeden nie będzie drugiemu przygniatał kolanem piersi.

Z tego powodu więcej możemy liczyć na siłę dziejową, która wykaże bezsens wszelkiego innego stosunku, niż na zrozumienie rzeczy i dobrą wolę, czy to rządu, czy poszczególnych stronnictw w Dumie Państwowej rosyjskiej.

Ale właśnie dlatego należy tam pójść i walczyć za nasze prawa; należy wykazywać przy każdej sposobności ich niezbędność, wyjaśniać, oświecać tych, którzy o stosunkach polskich nie mają żadnego pojęcia, wytykać zło istniejące i wreszcie walczyć z obecnym porządkiem, a raczej nieporządkiem rzeczy, który podtrzymuje biurokracja w Królestwie.

Parlamentarna walka bowiem o przynależne nam prawa zwraca się z konieczności przeciw miejscowej biurokracji. Kraj nasz, dążąc do ładu społecznego, którego pragnie olbrzymia większość jego mieszkańców, musi wydobyć ten ład sam z siebie. Czytałem długie polemiczne rozprawy o tym, czy powinniśmy pomagać biurokracji, czy też i zachowywać się inaczej względem szkód, wyrządzanych rządowi, a inaczej względem wyrządzanych społeczeństwu. Przede wszystkim widzę tu potrzebę rozróżnień.

Wczoraj na czele centralnego rządu w Petersburgu stali Bułyginowie i Durnowie, którzy byli przeciwnikami reform, dziś stoi Stołypin, który je obiecuje, jutro może stanąć ktoś taki, kto je rozszerzy i przeprowadzi. Otóż nie może być mowy o stałym i jednakim stosunku do władzy tak zmiennej. Można tylko mówić o biurokracji w Królestwie Polskim, która sama w sobie jest przeżytkiem, ale która trwa, trzyma się wszelkimi siłami przy rządach, opiera się, jak może, zamierzonym reformom, rządzi, administruje i wytwarza faktycznie istniejący stan rzeczy. Ale względem niej należało postawić pytanie w sposób całkiem odmienny, a mianowicie, czy kraj może na nią patrzyć inaczej, jak na przeszkodę w walce z anarchią?

Sadzę, że pod tym względem nie może być zdań przeciwnych, przede wszystkim samo istnienie poza nią rządów wojskowych dowodzi, że w stosunku do anarchii przestała ona być jakąkolwiek siłą, po wtóre, nikt nie przygotował tak wytrwale gruntu pod dzisiejszy zamęt, jak biurokracja, wówczas, gdy za rozmaitych Kotzebuych, Hurków i Czertkowych była istotnie siłą. Nie depcze się bezkarnie sprawiedliwości, nie przeciwstawia się bezkarnie prawu samowoli, nie znieprawia się bezkarnie charakterów, nie zaciemnia się bezkarnie mózgów. Była ona najtroskliwszym piastunem dzisiejszego zamętu. Była i jest zasadniczo bezprawiem, bezprawie zaś nie może być użyte do zaprowadzenia prawego ładu. Anarchia wylęgła się z systemu, który ona przedstawia, jak muchy wylęgają się ze zgnilizny.

Okrutne i szkodliwe dla kraju rządy wojskowe są tylko mechanicznym opędzaniem się od tych much. Ażeby usunąć anarchię, trzeba zmienić dotychczasowy system rządowy w Królestwie, a biurokracja miejscowa broni go, jako swego stanu posiadania. Boi się ona browningów i zasłania się przed nimi wojskiem. Musi stać na dawnym, rusyfikatorskim stanowisku, gdyż inaczej nie pozostawałoby jej nic innego, jak sobie pójść. Jeśli nawet cofa się chwilami przed prądem reform, czyni to z największym, na jakie się zdobyć może, oporem, niechętnie, nienawistnie, broniąc starego systemu piórami swych czynowników, a nawet i takich profesorów, dla których właściwsze byłyby posady policyjne, niż uniwersyteckie – bryzgając jadem i denuncjując społeczeństwo, któremu związała ręce, że obojętnie patrzy na bezład.

Nie! My na bezład nie patrzymy obojętnie i oznajmiamy, że będziemy walczyli z nim na śmierć i życie, ale nie po to, by urzędnicy, których nie chciała u siebie Rosja, rządzili u nas tak, jak rządzili dotychczas, nie po to, by podkopywali podstawy naszej budowy społecznej, by wprowadzali gwałt zamiast prawa, tłumili w naszym ludzie poczucie sprawiedliwości i zaszczepiali jad nienawiści jednym warstwom narodu ku drugim. Tajne okólniki grały do niedawna w stosunku do prawa i słuszności taką rolę, jaką dziś grają browningi – więc będziemy walczyli z jednym i drugim systemem do ostatka sił – i nie będzie to nawet walka na dwa fronty, bo w gruncie rzeczy jest to jedno i to samo.

Tak więc zadaniem naszych posłów będzie wywalczyć dla kraju prawa, jakie mu się należą i bez jakich nie może się pomyślnie rozwijać, a co za tym idzie, obalić stan rzeczy, istniejący dotychczas, i usunąć tych, którzy go bronią. Rzekłem powyżej, że prace wewnętrzne, które obowiązują wszystkich obywateli kraju, są równie doniosłe, a jeszcze bardziej pilne i bezpośrednie, ale i ta praca na zewnątrz, jakkolwiek długo może przyjdzie oczekiwać na jej skutki, jest i niezbędna, i ważna. Taką akcję można prowadzić źle lub dobrze, wytrwale i rozumnie, lub zapędliwie i nieopatrznie, w duchu narodowym i dla dobra narodu, lub w imię radykalnych kosmopolitycznych doktryn.

Z tego względu wybór przyszłych posłów nabiera niepowszedniego znaczenia. Przypuszczam wprawdzie, że, wobec niewątpliwych narodowych uczuć ogromnej większości mieszkańców Królestwa, żywioły duchowo niepolskie mało mają widoków przeprowadzenia swych kandydatów: trzeba jednak nie żałować trudu i czasu, by te widoki zeszły do zera. Jeżeli pesymizm jest kałużą, w której z przyjemnością wylegiwa się egoizm i lenistwo, to znów optymizm bywa często jak głupie dziecko, z którego wyrosnąć może i człowiek głupi. Niewolno nam zapominać o tym, co się działo na polskiej ziemi w ostatnich czasach. Brzmią nam jeszcze w uszach niepodobne do wiary okrzyki: „precz z Polską!”, wydawane na ulicach Warszawy i innych miast w Królestwie; stoją nam jeszcze w oczach paszkwile drukowane na Orła białego w pismach nierosyjskich i nierządowych.

Pamiętamy, z jaką usilnością odwodzono ludzi od idei polskiej i od miłości ojczyzny. Byłoby złudzeniem mniemać, że tych ludzi już nie ma, lub że ich jest garstka nieznaczna. Barbarzyński i pozbawiony mózgu socjalizm krajowego wyrobu, oraz jego zagraniczny dla krajowego użytku surogat, ogarnęły spore zastępy, zwłaszcza w klasie roboczej, i zrobiły swoje. Mieliśmy przecie i usiłowania rewolucyjne – tę marną i niedołężną córkę niedołężnej rewolucji rosyjskiej. Rzuciła ona w ślad za matką kilka bomb, zabiła kilkudziesięciu rosyjskich policjantów, kilkuset polskich obywateli, a w końcu przeszła w to, w co musiała przejść właśnie dlatego, że nie była narodową – w zwykły bandytyzm.

W roku sześćdziesiątym trzecim, w roku wojny i zawieruchy, nie zaszedł ani jeden wypadek bandytyzmu. Były krwawe nieszczęścia, ale nie było krwawego błota. Tej różnicy nie rozumieli jednak przywódcy dzisiejszej pseudorewolucji. Nie umieli niczego przewidzieć, nie rozumieli, że służą tylko reakcji, że są jej bezwiednym narzędziem, że ją umacniają, że dają jej jakieś pozory prawowitości i że ją po prostu organizują: nie rozumieli, że oddalają czas reform, że rujnują własny kraj, że wiodą do nędzy i zbrodni te klasy, których niby bronią. Słowem, nie rozumieli nic – czasem z powodu braku polskiej duszy i braku obywatelskiego sumienia, a czasem z powodu zupełnej niezdolności do logicznego myślenia i wprost fenomenalnej głupoty.

Apuchtin dokazał jednak wiele. Nie wyparł polskiego języka, natomiast napuścił wschodniej zgnilizny do polskich żył. Znieprawił serca, znieprawił sumienia, ogłupił umysły, obnażył kulturalność polskiej natury. Dlatego socjalizm w krajach polskich, zabranych przez państwo rosyjskie, nie zna innego języka, jak język szynkowni – dlatego jest okrutniejszy, dzikszy i bezmyślniejszy, niż gdziekolwiek w Europie, a w ogóle tak bezmyślny, że się zabija własnym jadem, jak skorpion. Z tego również powodu miejscowy radykalizm, który dziś (gdy, wedle tej Dantejskiej Księgi Rodzaju, pseudorewolucja zrodziła bandytyzm) wypiera się swych sympatii dla przewrotu – jeszcze niedawno mizdrzył się do niego i uważał go za „ruch wolnościowy”.

Z tej na koniec zapewne, między innymi, przyczyny cały jeden odłam warszawskiego „postępu” nie chciał się zwać postępem narodowym i ze swego stanowiska miał słuszność, był bowiem tylko ekspozyturą socjalizmu. Podobnych objawów zamieszania i upadku myśli powszechnej, nie tylko pod względem etycznym i politycznym, ale i logicznym, mógłbym wymienić więcej, jednakże w tej chwili chodzi mi o co innego, a mianowicie o to, że byłoby istotnym nieszczęściem, a jednocześnie świadectwem ubóstwa dla kraju, gdyby żywioły przewrotowe i zarazem bezmyślne miały go reprezentować w izbie poselskiej. Nie! Polski i jej interesów nie mogą bronić ani nasi dzisiejsi socjaliści, którzy jej głupio nienawidzą, ani anarchiści, którzy szarpią jej wnętrzności, ani w ogóle poboczni synowie rewolucji rosyjskiej i bratobójcy.

Żeby bronić narodu, trzeba być z narodu i trzeba go kochać. Jest to jednym z warunków nie tylko uczciwej, ale i rozumnej polityki. Wypadkiem mniej niepomyślnym byłoby, gdyby mandaty padły na tak zwanych postępowców, zwłaszcza tego odłamu, który się nie wstydzi przynajmniej swej polskiej duszy. Lecz i przeciw temu należy się zastrzec. Istnieje bowiem obawa, że niektórzy byliby przeciwnikami solidarności w przyszłym Kole polskim, niektórzy trzymaliby się ślepo sukni niewyrobionych politycznie kadetów, jak dziecko trzyma się sukni matki. Innym chodzić by mogło o rzeczy, z którymi rozprawi się dopiero przyszłość, a zatem więcej o czteroprzymiotnikowe głosowanie i temu podobne przykazania najnowszego społecznego katechizmu, niż o istotnie polskie interesy.

Wychodziły zaiste z postępowego obozu, przed poprzednimi wyborami i przed jego dzisiejszym podziałem, dziwne pomysły. Wedle jednego z nich mieli posłowie nasi, po zażądaniu autonomii i złożeniu protestu przeciw istniejącemu stanowi rzeczy w Królestwie, oświadczyć, że jako nie wybrani przez powszechne, tajne etc. głosowanie, uważają się za nielegalnie wybranych i wracają do rodzinnych pieleszy. Owoż taki np. protest byłby nie akcją, ale pantominą polityczną, po odegraniu której, radzono by o nas – bez nas: na tego zaś rodzaju obrady i ich wyniki narażać kraju i narodu mężom politycznie dojrzałym niewolno.

Do socjalistów i postępowców należą wreszcie w znacznej części u nas i oświeceni Żydzi. Wielu z nich zerwało otwarcie z polskimi ideałami, ale właśnie dlatego społeczeństwo, przygarniając tych, którzy jednako z nim czują, powinno tym bezwzględniej bronić się od takich, co zasilają kadry anarchii, i od takich, którzy, plwając z socjalistycznych i radykalnych okien na „szowinizm” polski, uprawiają namiętnie… żydowski. Czy krajowi grozi niebezpieczeństwo, by w skutek albo kartelu ciemnych sił, albo w skutek poparcia Żydów, lub zbałamuconych zastępów robotniczych, mogły mandaty paść na ludzi, dla których Polska i przyszłość Polski, jako Polski, jest rzeczą obojętną, a nawet nienawistną?

W miastach nie jest ono może całkiem wyłączone, ale w ogóle, nie przypuszczam. Niemniej jednak kraj będzie zabezpieczony od nich tym pewniej i lepiej, im wszystkie stronnictwa patriotyczne okażą większą solidarność, im porozumieją się ze sobą szczerzej, im sprawniejszą wytworzą wspólną organizację. Przyjąć wszystkich zbłąkanych i wahających się, podać sobie ręce, pozbyć się uprzedzeń, zarozumiałości, samochwalstwa, hiperkrytyki, zrzędności i stanąć, jak jeden mąż, do walki – oto ich dzisiejszy, moralny obowiązek. Mówię wyraźnie, że takie stanowiska powinny zająć wszystkie patriotyczne stronnictwa i wszyscy pojedynczy ludzie, którzy się czują Polakami, bez względu na barwy, odcienia, wyznanie i pochodzenie. Kościół narodowy ma szerokie podwoje.

Trzeba patrzyć zawsze na niezmienną wielkość idei, nie zaś na przypadkową małość niektórych jej wyznawców. Tylko nikczemne i złośliwe indywidua, lub absolutni głupcy mogą porównywać nacjonalizm polski z hakatystycznym nacjonalizmem niemieckim lub z czarnosecinnym rosyjskim. Nacjonalizm polski nie tuczył się nigdy cudzą krwią i łzami, nie smagał dzieci w szkołach, nie stawał pomników katom. Zrodził się z bólu, największej tragedii dziejowej. Przelewał krew na rodzinnych i na wszystkich innych polach bitew, gdzie tylko chodziło o wolność. Wybuchnął i rozgorzał w niewoli, jako poryw ku wolności. Wypisał na swych chorągwiach najszczytniejsze hasła miłości, tolerancji, oswobodzenia ludu, oświaty, postępu – i w imię tych haseł przechodził wraz z całą ojczyzną w osobach swych bojowników przez takie cierpienia, przez jakie, od czasów chrześcijaństwa, nie przechodzili bojownicy żadnej innej idei.

Kto go inaczej pojmuje – płytko i źle go pojmuje; kto mu inaczej służy – błądzi.

Będzie on zawsze najszlachetniejszym splotem myśli i uczuć narodu, i dlatego pod jego sztandarem stanąć może każde prawdziwie, nie zaś pozornie tylko, polskie, stronnictwo i każdy pojedynczy człowiek, w którym, wedle słów starej patriotycznej pieśni „polska dusza wre”.

W następnym liście poruszę te zadania wewnętrzne, wobec których solidarna i zorganizowana działalność stronnictw patriotycznych jest jeszcze niezbędniejszą

Inne publikacje autora Wszystkie artykuły