Andrzej Trzebiński - Wspomnienia o przyjacielu

Istnieją podobno przyjaźnie rosnące dziesiątkami lat, rozgałęziające się, kwitnące i owocujące, przyjaźnie, w których cieniu siwieje się powoli i których cień coraz głębszy godzi nas w końcu z myślą o cienistych głębiach śmierci. Wtedy śmierć przyjaciela gasi nam co najwyżej blask oczu do końca, ale niczego za to nie jątrzy i nie otwiera niepokoju. Jest tym ostatnim ogniwem łańcucha zamykającego się w koło.

Pamięć o przyjacielu krąży wtedy w zamkniętym okręgu przeszłości, w okręgu zamkniętym bezpiecznie w całość, pełnym harmonii. Och, być może – wspomnienia wtedy, choćby najbardziej smutne, choćby gorzkie jak wrześniowa jarzębina i ciemne jak woda pod niebem bezgwiezdnym, wspomnienia mogą wtedy przynosić uspokojenie i wielką nawet ciszę.

Ale przyjaźń nasza miała tylko trzy lata, niecałe nawet i kiedy myślę o Tobie[1], nie mogę się w ogóle zwracać w przeszłość. Zawsze widzieliśmy siebie i chcieliśmy się oglądać jedynie na tajemniczym tle historii, która dopiero czeka – utajona i wielka. Tam muszę patrzeć dzisiaj. Ale to sięganie wspomnieniem wspólnej przeszłości nie daje ukojenia. Niepokoi i boli. Twój cień, cień, jaki rzuca na tło przyszłości żywy, młody człowiek oczekujący historii – znikł nagle.

Kim mogłeś być?

Nie wiem. Boję się z góry określać to wszystko na podstawie migającego płomienia konturu Twego Cienia. Nie wiem. Naprawdę. Ale wiem, że gotując się do szturmu na życie, powtarzając owo urzekające „bagnet na broń” wobec wojennej rzeczywistości, ufaliśmy, iż w chwili śmiertelnego skrzyżowania „białej broni” krzyk bojowy jednego z nas wspomoże, ożywi, wskrzesi nawet – drugiego.

Nie. Nie wspomoże, nie ożywi, nie wskrzesi. Czeka mnie walka w milczeniu. Nie ma do kogo wołać wojennego hasła. Wszystko ma się zawrzeć w prostym milczeniu szczęk zaciśniętych. Cała siła, wiara i ból...

Powinienem – być może – złożyć Ci w takim momencie jakieś intymne przyrzeczenie, jakąś raz na całe życie obietnicę.

Nie rzucam ani jednego słowa przyrzeczenia, Drogi. Trudno nawet wyjaśnić, dlaczego. Oczywiste, prościej byłoby dać ujście podnieceniu i przyrzec. Wierność wspólnej linii naszego frontu. Uchronienie od zagłady tych trzech lat korzenistej, podziemnej, ugornej epoki naszych żyć. Przyrzec wszystko, co przez czaszkę przeleci...

Ale nie czuję, abym miał prawo przyrzekać jeszcze cokolwiek. To zapadłe milcząco już na samym wstępie naszej przyjaźni. Wcześniej jeszcze. Na samym wstępie znajomości dwa i pół roku temu.

...Kiedy był ciepły, słoneczny dzień właśnie. Kiedy szedłeś rozpięty, z rękoma po swojemu do tyłu, w brązowym, twardym kapeluszu... Byliśmy „per pan” jeszcze. Zacząłeś:

– czy nie uważa pan, że liryka... jako rodzaj literacki... jest dziwnie niepełna? Tak. Nie wystarcza mi. Chociaż nie piszę właściwie nic innego. Czy pan także pisze głównie liryki?

– tak. Głównie liryki... Ale zerwanie z liryką będzie czymś więcej niż naszym indywidualnym buntem czy odejściem... Musi stać się...

W ten ciepły, słoneczny dzień właśnie, dwa i pół roku temu zapadło niewypowiedziane, ale szczere i rewolucyjne przyrzeczenie. To wystarcza dziś...

Historie naszych wieczorów autorskich – kiedy myślę o tym teraz – były ładnymi w gruncie rzeczy historiami. A narodziny SiNu, wyłaniające się spomiędzy ciemnych zatok niepamięci, zawsze przywodzą na myśl coś bardzo biblijnego. Narodziny, które miały wiele zwiastowań w każdym razie. I które miały swoją bardzo białą, śmiertelną najwidoczniej, gwiazdę: gwiazdę śmierci pierwszego Redaktora i Twoją – Drogi.

Nie miałeś i ja nie miałem nigdy zwyczaju zawracać wstecz i wspominać tych historii, nawet ich najładniejszych fragmentów. Mieliśmy mało czasu. I jeżeli już wspominaliśmy cokolwiek, to nasze projekty na przyszłość, perspektywy rozpinające się przed nami, nie za nami, rzeczy do zdobycia dopiero.

A jednak, jeśli chce się zarysować tu chociaż sylwetę Twoją, nie sposób zrezygnować wtedy z tych trzech lat wspólnej przeszłości i przede wszystkim z tych „historii” wieczorów autorskich i narodzin SiNu.

Był, zdaje się, listopad: długie noce, bardzo zimno już. Pisywaliśmy po cudzych mieszkaniach albo we własnych kuchniach. „To heroizm jednak – mówił – zachować samotność twórczą nie tylko wobec ludzi, ale nawet wobec gotującej się zupy..– „Pomidorowej, w dodatku” – zrobiłem aluzję do tego gastronomicznego motywu z pisanej wtedy przez Niego noweli Biegiem w głąb życia – „No, cóż – przytaknął – niech już będzie pomidorowa.”

Pokoje były lodowate. Zebrania odbywały się w paltach, z nastawionymi kołnierzami i w rękawiczkach. Biliśmy od czasu do czasu hołubce, biegaliśmy naokoło stołu, gimnastykowaliśmy się na krzesłach... Trzeba było mieć dużo skupienia i powagi, aby nie zmienić wszystkiego w kabaret.

Na tym tle czytanie Jego pierwszej noweli O barze pod lampionami i pierwsze, w przypadkowo jeszcze zebranym zespole, zebranie dyskusyjne. Nowela wypadła dobrze, start udał się. „Boję się – powiedział autor – że poprzez te hołubce i gimnastykę nie dosłyszycie wszystkiego. A to trwa czterdzieści minut w każdym razie.” Byliśmy uderzeni dwoma zjawiskami, nowymi dla nas jeszcze: ten człowiek znał ilość czasu potrzebną na czytanie i potrafił czytać bez najmniejszego pośpiechu...

Natomiast koło dyskusyjne było bardzo jeszcze niedobrane. Pierwsze zebranie zakończyło się brutalną opozycją, rozłamem i demonstracjami. „Przyszedłem tu tak, jak przychodzi się na plażę: dla przyjemności – wyjaśniał jeden ze złośliwszych opozycjonistów – tymczasem zupełnie nie znajduję tu...” – „A tak, ma pan rację – zupełny brak słońca, fiasko jednym słowem” – odpowiedział sztywno inicjator. Ktoś na rozgrzewkę okładał się po dorożkarsku pięściami. Demonstranci wyszli.

Pauza tygodnia. Nowi ludzie. Jednocześnie nowa Jego artystyczna pasja: napisanie jakiejś irracjonalistycznej opery. „To nie może być dramat. Muzyka jest tu konieczna: pogłębi całą dziwność tego...”

Muzyk: człowiek o pałeczce dyrygenta, zbierający portrety różnych Bachów i Beethovenów, kompozytor utworów fortepianowych, nie umiejący grać na fortepianie. To on miał tworzyć muzykę tej opery. Na razie pisał jakiś kwartet bodaj. Z opery nic nie wynikło. Ale z samego muzyka – owszem: przede wszystkim głęboka nasza przyjaźń, następnie jego kierownictwo nami, a później jeszcze... najpiękniejsza Jego nowela-groteska Pożegnanie mistrza, gdzie motyw literacki muzyki Jana Sebastiana Bacha i jego fugi, i dwunastu dyrygentów z podniesionymi do góry pałeczkami – najlepiej świadczy o wpływie, jaki miał na nas nasz kierownik-muzyk[2].

Pierwszy wieczór zbiorowy na zewnątrz. Niesłychanie dużo ludzi, tłok prawie. W sąsiednim pokoju nasz kolega malarz[3] wykańcza nerwowo esej O malarstwie narodowym. Nowela Biegiem w głąb życia podbija publiczność. Artykuł pt. O postawę człowieka tworzącego wywiera wpływ wręcz nieoczekiwany: ktoś zaczyna cicho płakać.

Następnego dnia późnym wieczorem, po ciemku, ostatnia odprawa redakcyjna: „Ustalamy ostatecznie menu pierwszego numeru Sztuki i Narodu – mówi z radosną oficjalnością – na początek mój artykuł o tej postawie człowieka tworzącego...” – i nagle nie wytrzymuje, przypominając sobie wczorajszy wieczór i pyta: „Dlaczego ona, u diabła, płakała wtedy?”

W dziesięć dni później, podczas przypadkowego pozornie spotkania w sposób równie przypadkowy rzuca mi swoje łobuzerskie pytanie: „Czy czytał pan już ostatni numer znanego warszawskiego wydawnictwa kulturalnego Sztuka i Naród?”

Tak brzmiał pierwszy komunikat o wyjściu pierwszego numeru tak zwanego później SiNu.

 

Inna zupełnie epoka, sprzed roku już, epoka pisania żołnierskich piosenek dla przygotowujących się grup Uderzenia. Lato całe i jesień nasycone melodiami, nie powtarzające się dni wypełnione wciąż powracającymi refrenami. To był dziwny okres.

„Muszę ci pokazać swoją najnowszą piosenkę – powiedział mi przed samym swoim wyjazdem na kurację do Zakopanego – taka trochę żartobliwa. O Natalii.[4]”

Ale to nie było jeszcze nic skończonego. Zaledwie parę fragmentów tekstu. Wyjechał do Zakopanego razem z zaczętą piosenką. Pisał nam stamtąd pyszne, kpiarskie listy. Burzył się w nich i pienił żywiołowy śmiech z wszystkich konwencjonalizmów folkloru. Bił z nich mocny, coraz głębszy oddech zdrowiejących płuc. 

Spadła do Warszawy nieoczekiwanie, prawie cudownie. Opalony, w rozpiętej koszuli, z włosami pełnymi jakby lekkości, uśmiechnięty... Przywiózł ze sobą stamtąd cztery rzeczy... „Cztery rzeczy, powtarzam ...No, jakie? Widzisz, nic nie wiesz... A więc słuchaj, daragoj[5]... Po pierwsze – bycze zdrowie. Po drugie – początek powieści. Po trzecie – nowy swój portret robiony ołówkiem przez p. X. A po czwarte – po czwarte musisz posłuchać...”

Była to piosenka o Natalii. Zaczął ją śpiewać i urwał. „Zapomniałem już jak tam dalej...” – powiedział z celową nonszalancją. „No jak to – zapytałem go niedowierzająco – a melodia? Kto napisał melodię?” – „Cóż, daragoj – roześmiał się kpiarsko. – zdarzają się nieraz ludzie genialnie wszechstronni, ludzie o pokroju Leonardów, Buonarottich czy jak tam... Naturalnie, umysły płaskie i powierzchowne przypuszczają, że takie rzeczy i tacy ludzie mogli się zdarzać kiedyś tam dawno, a tymczasem... tymczasem dziś, jak sam masz możność oglądać” – Urwał. „Dość – powiedziałem – więc to ty sam? Co?” Roześmiał się lekko, beztrosko. „Ja – powiedział – Wagner współczesności.”

Zapadał wieczór. Wieźliśmy rikszą jakiś transport bibuły. Asfalt i płonące wysoko pod sklepieniem nieba latarnie. Opowiadał o Zakopanem. Nagle przypomniał sobie. „Jest – krzyknął – mogę ci ją zaśpiewać w całości.” Chodziło naturalnie o Natalię. Śpiewał półgłosem. Asfalt i latarnie wysoko pod niebem. I bibuła, nie wiadomo po co w tym wszystkim...

...O Natalio, o Natalio, o Natalio,
Pachniesz wiatrem, leśnym szumem i konwalią...

Taki był refren piosenki. Dziś pomaszerował już razem z żołnierzami Uderzenia za Bug i tam, za Bugiem, rozlega się po puszczach i lasach. Szkoda, że nie doczekałeś tego, Drogi mój.

 

Coraz bliżej teraźniejszości. Wspomnienia mnożą się i coraz trudniej jej wybierać. Są ze sobą powiązane nierozerwalnie, stanowią jakiś jeden potok...

Życie artystyczne, publicystyczne, polityczne, żołnierskie, życie wreszcie bezdomne okresami, konspiracyjne.

Konspiracyjność była w tym wszystkim czymś samodzielnym, osobnym, wyodrębnionym, potrafiliśmy jej poświęcać długie opowiadania i analizy. Fascynowały nas te kapitalne sytuacje, zawiłe rytuały, tajemniczy ludzie. Było w tym zawsze coś z przedwojennych grotesek Schulza czy Gombrowicza.

Spotykaliśmy się co wieczór pod kolumną Zygmunta, siadaliśmy wygodnie na postumencie i ostygaliśmy powoli z roznamiętnienia przeżytym dniem, aby zapalić się z kolei do tych opowiadań: irrealnych, dziejących się w innym wymiarze na pozór, a jednocześnie tak niesłychanie zaplątanych we wszystkie gałęzie życia.

„To trzeba koniecznie napisać – powtarzał bezustannie – choćby jako cykl grotesek. Albo jako powieść.”

Ja osobiście myślę o balecie – powtarzałem w odpowiedzi – dopiero milczący balet uwypukli ten główny dogmat konspiracji, że wszystko dzieje się w ciszy.”

Każdy z nas miał swoje konspiracyjne osiągnięcia. Swoje specjalności.

Kiedyś na przykład zaprowadził mnie do jednego ze swoich mieszkań. „Patrz – powiedział zataczając się od śmiechu – to ma udawać wobec gospodarzy wielką firmę narzędzi rolniczych. To ma być tym «alibi» dla przychodzących tu naszych konspiratorów. Spójrz tylko...” Rzeczywiście, to nie było pozbawione wyższej brawury. Na środku pokoju stał maleńki stolik, na którym leżało parę żelaznych drobiazgów. „Czy to cały już inwentarz znakomitej twojej firmy?” – „Tak – odparł – niestety, cały.” Przyglądałem się „firmie” z podziwem. „A najgorsze – powiedział nagle – że żaden z nas nie ma zielonego pojęcia jak się te żelazne draństwa nazywają...” – „Jak to, nie wiesz tego?” Nie wiedziałem oczywiście także. „Bo co? ­­– zapytałem. „Bo gospodarze chcą od nas to kupić” – powiedział z lekką melancholią.

 

Kim mogłeś być? – Powiedziałem już, tego nie wiem, milczę o tym: przez szacunek dla intymności naszych wizji. Kim byłeś, wobec tego?

Och, nie zakuwam Cię w patos, nie zamieniam Cię ani trochę w bezruch. Przeciwnie: unikałem w tym przyjacielskim wspomnieniu wszystkiego, co mogłoby mieć choćby pozór nekrologu. Chciałem Cię ukazać przede wszystkim kimś żywym, kimś napadniętym przez śmierć w momencie intensywnej, wielostronnej twórczości. Chciałem w ten prosty sposób właśnie odmalować całą grozę Twojej śmierci, śmierci prawdziwie żywego człowieka. To powinno mnie rozgrzeszyć, mam wrażenie...

Kim byłeś?

Autorem mocnych, pięknych liryków prozą, autorem sześciu wykończonych i dojrzałych jak owoce opowiadań, żywiołowym człowiekiem teatru, aktorem, reżyserem, dramaturgiem, znawcą i miłośnikiem Norwida (a obok tego Gałczyńskiego), drugim redaktorem SiNu i publicystą z ogniem fanatyzmu, twórcą i wykonawcą znanych już dzisiaj piosenek Uderzenia, politykiem i żołnierzem, konspiratorem i kpiarzem. Kim byłeś, Drogi? Twórcą najbujniejszego, jakie znam, życia. Nie ma w tym nic przesady. W tym życiu, nie w śmierci ostatecznie, tkwi chyba to coś, co nazywamy nieraz heroizmem. Jeszcze wtedy, kiedy panującą ideologią była ideologia „przeczekiwania”, Ty z pasją i na każdym kroku zadawałeś swoje niepokojące pytanie: „No, a dziś?”

Rozumiałeś jak mało kto, że obok wszelkich plonów, wyników i osiągnięć istnieje moment samej pracy człowieka i jej etycznej wartości. To przede wszystkim miałeś na myśli, mówiąc mi kiedyś w zimie: „Myślę, że bohaterstwo polega nie na tym, iż nie poddajemy się przemocy w pewnych, zwłaszcza w efektownych momentach, ale na tym, iż się nie poddajemy w żadnym wypadku, nigdy. Kiedy mając cały dzień zabity pracą, mając odmrożone ręce i uszy i jadąc zapchanym wariacko tramwajem – wyjmuje się naraz z kieszeni jakiś tom Szekspira, Kochanowskiego czy Tomasza z Akwinu i zapada się w piętnastominutową lekturę, to mam wrażenie, że to jest istotą prawdziwego, dzisiejszego bohaterstwa...”

Miałeś w sobie zresztą oba nurty bohaterstwa: i tego zdobywczego wobec życia, i tego drugiego – wyzywającego śmierć...

Twój stosunek do śmierci był zawsze intymny i oryginalny. Afirmowałeś życie, ale dojrzale i po męsku. Znałeś całą jego gorycz, dziwność i trudność. Wierzyłeś w życie nie dlatego, że się do niego przyzwyczaiłeś i że widziałeś w nim coś niezmiernie oczywistego, ale dlatego właśnie, iż widziałeś w nim wieczyste musowanie i burzenie się – cudu. Gorzkiego, dziwnego i trudnego wprawdzie, ale właśnie cudu...

„To śmierć nasza dopiero – mówiłeś kiedyś – jest tym ostatecznym dożeglowywaniem naszym do spokojnego, pełnego ciszy brzegu zwyczajności, dożeglowywaniem pod białymi, bardzo białymi żaglami siwych włosów...”

Być może brzmiało to nieco inaczej, nie tak lirycznie jak tutaj, ale znaczyło to samo.

Śmierć to był cały system myślenia, całe odgałęzienie Twojej myśli. „Śmierć nie jest bynajmniej zanikaniem życia – mówiłeś gdzie indziej – ona jest tylko przekazywaniem energii życiowej komuś innemu. Śmierć nasza rozpala życie w innych. Daje im świadomość, siłę i odwagę...”

Przez całą twórczość Twoją rosła i kwitła ta twórcza gałąź śmierci. Od noweli sprzed dwu lat Biegiem w głąb życia, poprzez tragiczny Jeden dzień z życia Witolda Grabca, poprzez Hymn, liryk prozą Zielony pomnik i ostatnie z opowiadań Powrót, aż do żołnierskiego żałobnego marsza Pieśń ostatnia, napisanego na parę dosłownie dni przed tamtym dniem...

Nie piszę tu nekrologu. Nie daję przeglądu twórczości artystycznej. Nie daję nawet zarysu ideologii Zmarłego... Zrobię to później albo nawet zrobią to inni. Lepiej, z zimniejszą krwią, obiektywniej. To, co napisałem tu, to tylko wspomnienie o Przyjacielu. Nic więcej. I tak niełatwo wracałem do tych rzeczy, do przeszłości naszych wspólnych trzech lat. Ale nie miałem w tym wyboru. Przyszłość nasza bowiem zredukowała się do jednego uświadomienia sobie: do myśli, że jesteśmy nadal bardzo blisko siebie, że mogę Cię każdej godziny dopaść jednym susem, jedną po prostu kulą wymierzoną mi gdzieś w tył czaszki czy między oczy.

Dlatego też nie żegnam Cię patetycznie i „na zawsze”. Tak tylko jak co dzień wieczorem, kiedy kończyliśmy pod kolumną Zygmunta czy pod kościołem św. Aleksandra nasze „cyniczne” opowiadania o „życiu”. No, tak. Tak tylko. Nic ponadto: – czołem. Czołem, Drogi.

...Czołem chłodnym sięgający, dorastający powoli zimnej i gwiaździstej, rozpiętej nad nami cieniście – wieczności...


Tekst pochodzi z książki Andrzej Trzebiński - Sztuka i Naród


[1] Wacław Bojarski (1921-1943) – poeta, prozaik, publicysta, drugi redaktor naczelny „Sztuki i Narodu”, zmarł w wyniku ran postrzałowych odniesionych podczas składania wieńca pod pomnikiem Kopernika w Warszawie w czterechsetną rocznicę śmierci astronoma.
[2] Onufry Bronisław Kopczyński (1916-1943) – muzyk, kompozytor, pierwszy redaktor naczelny „Sztuki i Narodu”.
[3] Zbigniew Łoskot (1922-1997)
[4] właśc. Halina Bojarska (1919-1982) z domu Marczak, z którą Bojarski wziął ślub na łożu śmierci, późniejsza sanitariuszka w czasie Powstania Warszawskiego.
[5] (ros.) „Drogi”

Inne publikacje autora Wszystkie artykuły