Andrzej Trzebiński - Pieśń niepodległa

Wydanie dziś tego rodzaju antologii, co Pieśń niepodległa[1], jest zdarzeniem wydawniczym i artystycznym większego kalibru. Tylko że o ile w pierwszym przypadku jest to kaliber ze znakiem plus (kredowy papier, ładna okładka, bardzo staranny druk itp.), o tyle kaliber artystyczny wyraża się chyba w cyfrach ujemnych.

Przede wszystkim dobór materiału. Szlachetna w założeniu intencja podbudowania wojennej dzisiejszości wczorajszymi przeczuciami, wczorajszą psychozą oczekiwania wyraziła się w stworzeniu przedwojennego cyklu liryki pt. Zwiastuny burzy. Tymczasem gdyby zamiast z tomiku Krzyk ostateczny[2] zaczerpnąć z dawniejszego bodaj o pięć lat tomiku Przyjście wroga[3], to – mam wrażenie – że byłoby to nie tylko chronologiczne poprzedzenie faktów, ale i pogłębienie ich. Zastrzeżenia poważniejsze budzi rozdział zatytułowany Droga do Polski. Co ma wspólnego z Pieśnią niepodległą Julian Tuwim, skompromitowany dostatecznie już chyba przysłaną nam ze Stanów Zjednoczonych Modlitwą albo ośmieszony redaktor „Wiadomości Literackich” – Słonimski?

W układzie antologii znać pewną kompromisowość i to przykro razi. Wreszcie, dotkliwym brakiem jest pominięcie liryki autora[4] Poematu wrześniowego. Jakkolwiek oceniałbym jego twórczość obecną w stosunku do poziomu osiągniętego przed wojną, autor Poematu wrześniowego jest jednym z ośrodków krystalizacyjnych liryki wojennej i brak jego w antologii jest czymś więcej niż brakiem personalnym.

Przedmowy, jakimi opatrzył autor antologii zebrany materiał, są dość konwencjonalne i wyjaśniają niewiele. Ale może i nie bardzo jest co wyjaśniać. Poeci wreszcie „zmądrzeli”, bez względu na wiek „stali się dojrzali”, nauczyli się pisać zrozumiale, łatwo, prosto, nawet „prosto z serca”.

Jedynie autor Psalmu o Łasce i liryku O miasto, miasto – Jeruzalem żalu cierpi jeszcze na dawne nałogi awangardy, gmatwa się i pisze zdaniami bardzo długimi, ale to tylko sporadyczny wypadek. Ogólnie: lirycy usypali w antologii wielki grób awangardzie. Z lekką przesadą można by dorzucić, że nawet – grób poezji.

Poezja nie zdołała jakoś oryginalnie, do głębi artystycznie przeżyć dziejącej się wojny. Zrezygnowała z artyzmu, zrezygnowała ze świeżości, postanowiła wyrazić tylko swój czysto ludzki ból, lęk i rozpacz. I oto okazało się raz jeszcze: czysto ludzki ból, lęk i rozpacz straciły swą sugestywność, straciły swa żywość. Brzmią monotonnie, obojętnie i nieładnie. Okazało i się raz jeszcze, że oryginalność to już nie tylko oryginalność, ale wprost warunek konieczny widzialności rzeczy, odczuwalności zjawisk. Forma, którą się złośliwie utożsamia z asonansami czy jakimiś tam figlasami stylistycznymi, okazała swoje drugie dno i swoją głębię. Wojna straciła swą grozę chybotania się, pochylania w nieznane. Bo oto całą jej karkołomność, nieprzewidywalność, nienazwaność ujęto w wiersze stare i osłuchane, w odwieczne zwroty o „żołnierzu wracającym z niewoli, odpoczywającym pod brzozą u drogi”, o „plączącej nocy majowej i okiści gwiazd”, o „rozpaczy i zgrozie, z jaką patrzy się na przerażający cud wszechświata” itd. itd.

Poezja utylitarna!?

Naturalnie, nie wszystka, są wyjątki, są kompromisy, są tylko pochylenia się ku brukom. Ale jakżeż nazwać takie wiersze, jak Żołnierz polski:

Hej, ty brzozo, hej ty brzozo płaczko,
Smutno szumisz nad jego tułaczką,
Opłakujesz i armię rozbitą,
I złe losy, i Rzeczpospolitą.

Jakże inaczej można by nazwać ten nieudolny patos, jak nie operetkowym:

Lecz nad gruzami, zbrojno, nieodmienną drogą,
Co nową hekatombą zrobiła się żyzna,
Książę jedzie na koniu z przestrzeloną nogą
I przed trupy mówi: Honor i Ojczyzna!

Kogo porwie schematyczna Ballada o Serbii:

Ten krzyk zdławiony zbudził Serbię
I porwał ją, i uniósł wzwyż,
A potem wbito ją na krzyż.
W dolinie ziemskiej w kraju cierpień
Dwanaście dni, dolino płaczu,
Dwanaście nocy płonął bój,
A gdy ucichły chrzęsty zbrój,
Stała nad krajem pieśń rozpaczy.

 Mnożenie podobnych cytatów nie jest ani ciekawe, ani potrzebne, jest tego nie do wyczerpania!

Odpowiedzmy w końcu, kto zużywa i w jakim celu tę poezję utylitarną czy na półutylitarną? Tej nieprzetrawionej wojny, tych czysto ludzkich cierpień mamy dosyć w życiu, cierpimy, jeśli wolno tak powiedzieć, do przesytu, każdy boryka się z tym wszystkim prywatnie i naprawdę. Zniszczyć obyczaj konwencjonalnych opiewań! Powiedzieć prosto, że poezja utylitarna, o ile nie ma celów propagandowych czy satyrycznych, o ile nie stawia sobie za cel jedynie uczuciowe rozmamłanie człowieka – jest poezją bezużyteczną, bo nikogo nawet nie rozmamła (nie mówiąc już o działaniu estetycznym!).

Jeśli chodzi o wskazanie na wiersze z pewnymi ambicjami czy osiągnięciami, to postaram się tu zrobić krótki przegląd. Psalm o Łasce – liryk refleksyjny, obrazowość i zawiła składnia zacierają ideę. Bardzo dużo zwrotów awangardowo czy nawet skamandrycko konwencjonalnych. Równina – liryk dla mnie osobiście najciekawszy. Pewne ułatwienia rytmiczne i melodii, ale jednocześnie powiew świeżości i siły. Opowiadanie – subtelna rytmika, efekty czechowiczowskie, kameralne. Kompromis pomiędzy wojenną aktualnością a przedwojenną rekwizytornią. Rok 1941 – autor wywołuje wrażenie już przez sam kontrast z resztą poezji. Bierze indywidualnym, choć nie cofającym się przed rekwizytami stylem, pewną nawet szorstkością. Wreszcie popularny wiersz Droga (pisany w Moskwie), odznaczający się pewnym ubóstwem treściowym, ale silny w swej artystycznej prostocie.

Może dla równowagi i sprawiedliwości należałoby obok cytatów złośliwych dodać i cytaty pozytywne, cytaty z liryków przeze mnie wyróżnionych. Niestety, jest to niemożliwe. O ile bowiem dla ukazania grafomanii wystarczy jeden tylko dwuwiersz, o tyle w drugim wypadku należałoby przytoczyć liryki w całości. A na to brak tu miejsca.

Wnioski ostateczne: liryka wojenna nie daje nam właściwie ani przeżyć artystycznych, ani nawet silnych przeżyć życiowo-emocjonalnych. Czytelnik – nawet uczuciowo wrażliwy – więcej cierpi nad beznadziejnością tej zutylitaryzowanej sztuki niż nad […][5]

I jeśli popełnia to bluźnierstwo, to nie jego w tym wina, lecz samej zebranej w antologię liryki.


Tekst pochodzi z książki Andrzej Trzebiński - Sztuka i Naród


[1] Antologia wierszy wydana pod pseudonimem Ks. J. Robak w Warszawie w 1942. W rzeczywistości zawiera wiersza autorstwa Czesława Miłosza, Jerzego Andrzejewskiego i Jerzego Zagórskiego.
[2] Zbiór wierszy Władysława Broniewskiego wydany w 1938 roku w Warszawie.
[3] Poemat katastroficzny Jerzego Zagórskiego wydany w 1934 roku w Warszawie.
[4] Czesława Miłosza
[5] Fragment niemożliwy do odtworzenia

Inne publikacje autora Wszystkie artykuły